13 czerwca

Sklepy, które lepiej wiedzą, czego chcesz i prezydent-robot. QualityLandia Klinga

Sklepy, które lepiej wiedzą, czego chcesz i prezydent-robot. <i>QualityLandia</i> Klinga

QualityLandia to polityczno-społeczna satyra wykorzystująca chwyt rodem z sci-fi czy antyutopii, skacząc w czasie w niedaleką przyszłość. A tam - ludzie o różnych levelach, sklepy, które przywożą niezamawiany (ale wymarzony!) towar pod dom, roboty z kompleksem rozlanej herbaty, pikantniejsza wersja Dumy i uprzedzenia, wybory prezydenckie pomiędzy debilem a robotem oraz system, który lepiej wie, kim jesteś. W QualityLandi wszystko jest po prostu naj. 

Bohaterowie: Piotr Bezrobotny (level chwiejący się koło 10, czyli słabo), który pragnie sprawiedliwości. John - starający się o prezydenturę robot z genialnymi, rozsądnymi pomysłami. Martin  Zarządca - bogaty tępak znęcający się nad żoną, całkowicie nic nie wnoszący do fabuły. 

Rzeczywistość, która ponoć przypomina tę naszą. Lubimy patrzeć czarno, prorokować na smutno, przewidywać na gorsze i nie doceniać własnego gatunku. Marc-Uwe Kling idzie za tym trendem. Dobre są tu tylko roboty i jakiś jeden biedak, reszta to odczłowieczona masa. Pośmiać się trochę z ludzi i wyjść na erudytę (proroka?) - tyle wystarczy, by się wyróżnić? A jednak nic nowego pod słońcem, niestety, wyświechtane hasła o tym, że zabija nas konsumpcjonizm i pogoń za coraz lepszym. 

Jestem dość niemiła, bo porównania do Orwella, genialnego w Roku 1984 i Folwarku zwierzęcym, są zdecydowanie przesadzone. Orwell miał niesamowity smak, chwytał za serca, polityczne aluzje to u niego przyczynek do refleksji filozoficznej, egzystencjalnej, zastanowienia się nad własnym ja i nad historią. To dzieła zapierające dech, urzekające prostotą. Kling - to bajerant. W QualityLandii jest za dużo wszystkiego - tu jakiś fragment przewodnika turystycznego, tam komentarze na fikcyjnym forum, tysiąc przedmów i ufajnień. Męczące to kombinowanie. W dodatku dość łopatologiczne przemowy bohaterów, wyjaśnianie każdej niezbyt skomplikowanej myśli, karmienie czytelników papkami dla niemowląt, żeby każdy łatwo wszystko połknął i przetrawił. Nie lubię być tak traktowana. Chwytam. Świat jest zły i zmierzamy do zagłady. Odkrywcze. 

Może nawet jestem niepotrzebnie uszczypliwa - Kling ma kilka ciekawych pomysłów (choćby z levelami i systemem, który niejako tworzy nas, podając nam specjalnie przygotowane, nawet jeśli zindywidualizowane, treści). Podoba mi się też, że woli korzystać z ironii i humoru niż z dramatyzmu. QualityLandię czyta się naprawdę szybko i dość przyjemnie, nadal jednak nie jestem w stanie określić jej mianem wyższym niż - przeciętna. Całkiem zgrabna, nawet niezła - ale przeciętna. Przewidywalne historie, tanie chwyty, typowi bohaterowie, żadnego wstrząsu, blasku albo szczególnych uroków. Za to można się uśmiechnąć i miło spędzić kilka godzin. 
Każdy człowiek to dla nas czarna skrzynka. To znaczy, widzimy wejście i wyjście, ale nie mamy zielonego pojęcia, co się dzieje w środku i dlaczego. [s. 351] 
Polecam QualityLandię jako relaksującą lekturę na wieczór, kiedy nie chcecie czytać chłamu, ale też nie aspirujecie na coś bardzo ambitnego. Tylko nie nastawiajcie się na odkrycie stulecia i następcę Orwella - Orwell jest tylko jeden. 

QualityLandia Marca-Uwe Klinga, tłum. Magdalena Kaczmarek, Wydawnictwo Niezwykłe, Oświęcim 2020.

05 czerwca

Piękno matematyki i relacji międzyludzkich. Ukochane równanie profesora Ogawy

Piękno matematyki i relacji międzyludzkich. <i>Ukochane równanie profesora</i> Ogawy

Z japońską literaturą miałam styczność tylko raz i nie było to zbyt udane spotkanie - mówię tu o Bezbarwnym Tsukuru Tazakim i latach jego pielgrzymstwa Murakamiego. Koszmarna książka wybierana na oślep w miejskiej bibliotece. Tym razem mój wybór był bardziej świadomy i wyniknął z zainteresowania wydawnictwem Tajfuny i żywymi poleceniami. Weszłam na stronę Tajfunów, wybrałam powieść Ogawy (którą rekomendowała Pola, dziękuję!), zamówiłam tam, gdzie było najtaniej, odebrałam i przeczytałam tego samego dnia (pomimo goniących za mną terminów zaliczeń na studiach). O bosz, więcej takich książek! Ukochane równanie profesora zdobyło moje serce szturmem, napierając ze wszystkich stron. 

Gospodyni, jej syn Pierwiastek i Profesor. Trójka bezimiennych bohaterów, których losy splatają się pomimo... problemów z czasem. Pamięć profesora, niesamowitego matematycznego umysłu, w wyniku dawnego wypadku sięga jedynie osiemdziesiąt minut wstecz. Swoją gosposię i jej syna mężczyzna poznaje więc codziennie na nowo - mimo to, śledząc ich relacje, czytelnik jest skłonny nazwać ją przyjacielską. Patronują jej w końcu odwieczne prawa - liczby. 
Matematyka jest piękna właśnie dlatego, że nie przydaje się w codziennym życiu - mawiał Profesor. - Nikt nie zarobi pieniędzy dzięki temu, że poznał liczby pierwsze. Oczywiście, mimo że liczby odwracają się do świata plecami, niektóre matematyczne odkrycia mają zastosowanie praktyczne. (...) Ale nie to jest celem matematyki. Jedynym celem matematyki jest odkrywanie prawdy. [s. 123]
Ukochane równanie profesora to powieść o pięknie matematycznych wzorów, ale głównie o dobru ludzkich serc, relacjach (także tych międzypokoleniowych), ogromnej miłości do dzieci i szczęściu, którego nie definiuje stan konta i spełnienie zawodowe. Jest w niej mnóstwo codziennej, normalnej wrażliwości, niedramatycznej czy nadzwyczajnej, ale przejawiającej się odruchami życzliwości. To nie jest książka, która ma wstrząsać, zaskakiwać, wywoływać dreszcze. Opowieść jest prosta, bardzo prosta, tą prostotą, pięknem i szczerością porywa serca, wywołuje uśmiech i łzy. 

Brakuje mi takich książek, które nie kombinują, nie szukają skandali i nowych środków wyrazu, ale tak po prostu opowiadają ludzkie, piękne historie. Ogawa nie skupia się na cierpieniu i rozpaczy, nie roztrząsa bólu, nie szarga emocji czytelników - z wyczuciem operuje radościami i troskami. Jej bohaterowie są dobrymi ludźmi łapiącymi chwile, takimi jak my. Najbardziej rozczulała mnie oczywiście postać Profesora - zwłaszcza jego bezinteresowna miłość do każdego dziecka. Nieraz miałam łzy w oczach, obserwując jego troskę i uwagę: 
Profesor upierał się, że najlepsze kąski muszą przypadać najmłodszym. Nawet kiedy rozmyślał nad kolejnym zadaniem z czasopisma, zawsze znajdował czas dla chłopca. Uwielbiał odpowiadać na jego pytania. Wierzył, że problemy dzieci są dużo ważniejsze niż problemy dorosłych. Zanim odpowiedział na jakieś pytanie, zachwycał się jego mądrością, dzięki czemu Pierwiastek nie tylko nie wstydził się pytać, lecz wręcz czuł się z tego powodu dumny. [s. 138]
Serio, tę książkę powinni czytać rodzice, pedagodzy, dziadkowie, osoby jakkolwiek powiązane z dziećmi. Jako (prawdopodobnie) przyszła nauczycielka jestem wzruszona tym, jak pięknie Ogawa mówi o dzieciach, z jakim szacunkiem je traktuje rękami, oczami i sercem Profesora. Porusza mnie dobroć międzyludzka i wszelka serdeczność (naprawdę już mi rośnie gula w gardle, ale wiecie, takiego dobrego płaczu), a Ogawa operuje właściwie tylko tymi środkami, żeby wywołać w czytelnikach emocje. Nie potrzebuje widowiskowych scen śmierci, rozczarowań i śmiertelnych chorób. Jak płacz - to tylko z uśmiechem i krzyczącymi w głowie zachwytami "jakie to piękne!", "jacy oni są wspaniali!". Fenomenalne (i dzisiaj dość niepopularne) są również jej przemyślenia dotyczące popełniania błędów. Jeśli Profesor nie jet wzorem pedagoga, to ja nie wiem, kto nim może być: 
Odpowiedzi, jakich oczekiwał od nas Profesor, niekoniecznie musiały być prawidłowe. Dużo bardziej cieszyły go te chybione, choć wymyślone z mozołem, niż cisza. Twierdził, że błędy prowadzą nas do nowych problemów i rozwiązań, i to wzbudzało jego entuzjazm. Dzięki teorii „prawidłowego błędu”, jak mawiał, nie mieliśmy kompleksów, a wręcz satysfakcję, gdy nasze odpowiedzi rozmijały się z prawdą. [s. 8]
Ogawa kocha nie tylko ludzi, ale też liczby, i jest to cudownie urocza miłość! Zaglądanie do dziennika Boga, odkrywanie wszechświata za pomocą wzorów - pięknych wzorów, pełnych harmonii i ciszy! Ta fascynacja matematyką się udziela (naprawdę). Liczby stają się przyjazne i miłe, popatrzcie tylko: „dlaczego normalne słowa, użyte w odniesieniu do liczb, brzmią tak romantycznie? (...) Łatwo je sobie wyobrazić: zaprzyjaźnione - w serdecznym uścisku, bliźniaczki - w takich samych ubrankach, trzymają się za ręce” [s. 69]

Nie chcę jednak, żeby z mojej recenzji wybrzmiał taki wniosek, że Ukochane równanie profesora to sam cukier, słodkość i uroczość. Bo tak nie jest. Profesor przecież nie ma pamięci i całymi dniami rozwiązuje zadania z czasopism, zostając na utrzymaniu szwagierki. Nasza narratorka jest gosposią, bo młodo zaszła w ciąże i opuściwszy dom, musiała złapać jedyne zajęcie, na którym się znała. Pierwiastek za to jest skazany na samotne czekanie na matkę w domu, bo ta pracuje do późna. Potrafią jednak mimo wszystko być szczęśliwi i to tak bardzo w tej powieści urzeka. 

Na koniec banał - przemyślenia na temat okładki. Myślę, że jestem estetką i oceniam książki po okładce. To w sumie mało powiedziane - często moim głównym kryterium przy wyborze lektury jest okładka i ogólne wrażenie wizualne, na które składają się: rodzaj papieru, czcionki, marginesy... (nie o tym jednak - dlaczego warto oceniać książki po okładce opowiem może w osobnym poście) Nic dziwnego, że cała oferta Tajfunów mnie oczarowała, a gdy dostałam zamówienie z Ukochanym..., poruszyło się moje edytorskie serduszko i z miejsca zaczęłam czytać. Minimalizm, staranne wykonanie, przyjemy papier i czcionka... Słowem, przepiękne wydanie. Co więcej, na stronie redakcyjnej podane są informacje techniczne, z których dowiadujemy się, że książka została złożona pismem Garamond na papierze Munken - nieczęsto się takie dane spotyka, a szkoda. Podobnie spodobało mi się umieszczenie biogramu tłumaczki na jednym ze skrzydełek - o tytanicznej pracy tłumaczy również niewiele się mówi, pomimo że są niemalże drugimi autorami dzieł. Tak więc podziwiam Tajfuny, wspaniała robota. 

Jeśli moja recenzja i wszystkie moje zachwyty nie zachęciły Was do natychmiastowego poznania Ukochanego równania profesora, to pozwólcie, że wyciągnę z rękawa ostatni argument - to powieść do połknięcia na jeden dzień, nie macie nic do stracenia! 

Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy, tłum. Anna Horikoshi, Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2019.

03 czerwca

Podsumowanie maja! Wieś i studia to zło, wena jest kapryśna, a książki nie czytają się same

Podsumowanie maja! Wieś i studia to zło, wena jest kapryśna, a książki nie czytają się same

Witajcie! Ostatnio mój czas dzielę pomiędzy 1) martwienie się studiami i tym, że znowu o czymś zapomniałam, 2) zabieranie się za rzeczy na studia i 3) odpoczywanie od studenckich rzeczy, 4) których i tak nie robię. Widzicie więc, jak musi być mi ciężko. Ballady znów pustoszeją (razem z moim mózgiem), ale nie poddaję się, oglądam serial i udaję, że wszystko jest ok i wcale nie mam kilku zaległych prac do napisania! Poza tym maj spędziłam w większości na wsi, gdzie naprawdę NIE DA SIĘ pracować. Dziwny miesiąc. Do rzeczy! 

Wena i inspiracja nie imały się mnie w tym przepięknym miesiącu (bosz, jak ja kocham wiosnę!), a czytanie książek przegrywało z nicnierobieniem... Mimo wszelkich niedogodności i mojego lenistwa (wraca jak bumerang, jak ci systematyczni, poukładani ludzie go pokonują?!) udało mi się coś tu jednak napisać, przeczytać kilka książek - i jeszcze więcej kupić, za co akurat biję się w pierś. Na blogu pojawiły się trzy posty: jedna recenzja, wpis o niszowych wydawnictwach oraz literacki apel o nieczytaniu książek jak reportażu. Mało, mało, ale mam nadzieję, że odrobię po uporaniu się ze studenckimi bzdurami. Już kilka wersji roboczych czeka w kolejce! 

Przeczytane

Ilościowo po raz kolejny szału nie ma, choć czytałam jak na siebie całkiem dużo. Poza książkami, które udało mi się skończyć, przeczytałam również większość Czarnych oceanów Dukaja (jest całkiem nieźle, choć dłuży się) oraz książki Janiny Bąk - Statystycznie rzecz biorąc (porzuciłam w połowie, jednak nie mój temat, nawet jeśli lubię Janinę). Zaczęłam też słuchać, uwaga, swojego PIERWSZEGO (serio!) audiobooka, Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy na Empik Go. Zobaczymy, czy się przekonam do takiej formy (na razie jest całkiem nieźle). Wcześniej próbowałam chyba dwa, trzy razy słuchać książek, ale nic z tego nie wyszło. Przejdźmy jednak do książek, które udało mi się przeczytać w całości - w zasadzie to same cieniutkie pozycje, ale jakie! 
  1. Po trochu Weroniki Gogoli. Wspaniała, mądra, zachwycająca nie tyle prostotą, co otwartością i autentycznością. Autorka bazuje na swoim dzieciństwie w Olszynach (słowem, mała wieś na południu Polski) i przy tej okazji opowiada o dorastaniu i śmierci. Naprawdę z serca polecam! Można się zdziwić i uśmiechnąć. 
  2. Jezioro Bianci Bellovej. Powieść czeska. Miałam mieszane uczucia, ale w gruncie rzeczy to kawał dobrze napisanej literatury, która sprytnie bazuje na rzeczywistości, choć brzmi jak smutna, postapokaliptyczna wizja świata bez radości i dobra (a mi zawsze trudno się z takimi książkami zaprzyjaźnić...). Zapraszam do recenzji. 
  3. Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy. Powieść japońska. TOTALNY ZACHWYT! To trzeba przeczytać. Pełna wrażliwości, normalności, piękna. Cudo. Recenzja się pisze. 
  4. Genesis z Ducha oraz Król-Duch Juliusza Słowackiego. Moje lektury na romantyzm. Szczerze? Zraziłam się w tym semestrze do romantyzmu, niegdyś mojej ulubionej epoki literackiej (taaa, wielu przez to przechodziło, wiem). Te ich wizje, wyższość, cierpienie... Nieszczęsny Towiański z tymi swoimi bzdurami... Te duchy, reinkarnacje i historiozofia... No, zaszalałeś, Julek. Nie dziwię się, że nikt mu tego nie rozumiał...
Obejrzane

Oglądałam za to sporo (jak zwykle...) i oto najciekawsze pozycje:
  1. Jeszcze nigdy... Młodzieżowy serial dziewczynie z hinduskiej rodziny, która chce być cool, i jej pokręconych znajomych. Miły, przyjemny, wciągający, a nie ogłupiający, co się ceni. Mam kilka haczyków, ale obejrzałabym drugi sezon, więc chyba nie było źle. 
  2. Jane The Virgin. Wkręciłam się bardzo bardzo, choć nie miałam wielkich nadziei, gdy odpalałam ten serial na Netfliksie. Jest genialny!! Pozuje na telenowelę, burzy czwartą ścianę, propaguje naprawdę piękne, ludzkie wartości (a nie tanią, agresywną ideologię), bawi się kiczem i po prostu wciąga jak cholera. To jeden z tych seriali, w których trzeba się opowiedzieć w teamie Michaela lub Rafaela... I nie denerwować się na ciągłe rewelacje. Nie wierzyłam, że mi się spodoba, a tkwię już w połowie drugiego sezonu i mam zamiar obejrzeć wszystkie pięć. 
  3. Truman Show. Całe życie kojarzyłam ten tytuł z głupią komedią, a to naprawdę świetny film z super pomysłem i wcale niegłupim przesłaniem! Polecam, jeśli ktoś jeszcze nie oglądał. 
  4. Jupiter. Intronizacja. O bosz, można się było spodziewać czegoś lepszego po takiej obsadzie i twórcach Matriksa... Kicz, głupota, banał i żałość. Tyle. Fuj. 
  5. Skutki noszenia kapelusza w maju. To przekochany polski film z 1993, trochę może momentami nieporadny, ale tak cieplutki, pozytywny i sympatyczny, że wybaczam. 
  6. Harry Potter. Tak. Kwarantanna to idealny czas na kolejny maraton z Harrym! (tym bardziej, że cała seria wskoczyła na Netfliksa) Inaczej mi się to oglądało niż jeszcze dwa lata temu. O wrażeniach planuję opowiedzieć w osobnym poście (oby powstał). 

To był maj! Jak tam Wam mijał czas? Macie coś ciekawego do polecania, książkowego lub filmowego? 


Ta piosenka, choć stara, zdobyła mój miesiąc. Słucham jej w kółko i w kółko. Najlepiej mi się ostatnio żyje przy takich gitarkowych, niesmutnych utworach. 

20 maja

Skażenie, brud, smród i dorastanie. Jezioro Bellovej

Skażenie, brud, smród i dorastanie. <i>Jezioro</i> Bellovej

Trudno mi pisać o książkach, które wiem, że są dobre, ale kompletnie mijają się z moim gustem czy przekonaniami. Jezioro przyprawiało mnie o marszczenie nosa, podnoszenie brwi, skrzywienia i smutek. Przejmujący marazm, drażniący, bo być może niepotrzebny, nierealny, sztucznie wywołany. Fatum, które ciągnie się za bohaterem jak (używając niezbyt ładnego, ale dosadnego powiedzonka mojej babci) smród po gaciach. No. Właśnie tak się ciągnie. Zero nadziei. Nic dobrego się tu nie wydarzy, bo w końcu takie, bolesne, jest dojrzewanie. Prawda? 

Nami, główny bohater Jeziora, mieszka w Borosie, osadzie rybackiej. Nie ma ojca ani matki, wychowują go dziadkowie. Spotykają go różne nieszczęścia, w końcu jest zmuszony wyjechać z rodzinnej wsi. W wielkim mieście życie jednak wcale nie jest łatwiejsze. Z małego chłopca Nami powoli zamienia się w mężczyznę - wraz z nim zmienia się otaczający go świat, a przede wszystkim toksyczne jezioro, dające życie, ale w coraz większym stopniu również śmierć. 

Fabuła opiera się na historii Jeziora Aralskiego i warto poznać ją przed lub po przeczytaniu powieści (choćby z Wikipedii) - całość nabiera wtedy głębszego sensu, wszystkie puzzle łączą się ze sobą. W ramach skrótu: Jezioro Aralskie (zwane też Morzem Aralskim) znajduje się na terenach dzisiejszego Uzbekistanu i Kazachstanu i jeszcze w 1960 było czwartym największym jeziorem na świecie. Dzisiaj zajmuje niechlubne miejsce szesnaste... W wyniku działań sowieckich na tych terenach z rzek zasilających jezioro zaczęto odprowadzać wodę na pola bawełny. Kanały jednak budowano błędnie i bez namysłu, przez co całe kilometry kwadratowe wody zamiast nawodnić pola albo zasilić jezioro - wsiąkało w ziemię lub parowało. Poziom wody w jeziorze zaczął gwałtownie spadać. Istna katastrofa ekologiczna: przez nadmierne zasolenie wymarło większość organizmów wodnych, upadła okoliczna gospodarka rybna, nasiliły się zachorowania na gruźlicę, tyfus i nie tylko, spadła przeżywalność noworodków, pojawiły się burze piaskowe i pyłowe... Poza tym na jednej z wysp sowieci prowadzili badania nad bronią biologiczną - po osuszeniu jeziora znajdujące się tam zwierzęta mogły rozprzestrzeniać groźne drobnoustroje, ten wątek również pojawia się w powieści Bellovej. 

Namiemu przyszło dorastać w umierającym świecie. Czym bardziej rośnie nasz bohater, tym silniej kurczy się jezioro. Życie Namiego naznaczone jest śmiercią i nieszczęściem, nie ma w nim nic radosnego. To fatum przygniata. Książka, w której dzieje się tylko zło, neguje istnieje jakichkolwiek cnót. Dojmujący, nieustanny pesymizm, świat, w którym są panowie i ofiary, okrucieństwo i słabość, podłość, przemoc i niesprawiedliwość. Bohaterowie-cienie, którzy nie mogą być szczęśliwi, bo los im nie sprzyja. Bardzo przykra lektura. 

Nie mogę jednak powiedzieć, że źle napisana. Styl Bellovej jest elegancki, zgrabny, pełen prostoty i klasy. Nie znajdziemy tu tanich refleksji, przydługich opisów po nic albo rzucanych od niechcenia złotych myśli. Surowa poetyckość przemawia do wyobraźni i działa na zmysły. Bezpośrednia narracja nie unika tematów bolesnych i wstydliwych, wręcz skupia się na wszelkim brudzie i odorze. To książka pisana potem i łzami: 
Giełda pracy to trzy, miejscami cztery rzędy mężczyzn, odzianych we wszystkie odcienie smutku. Zalatują wonią niemytych ciał i niepranej odzieży. Z reguły milczą i zrezygnowani patrzą w ziemię. Spracowane ręce z wżartym pod skórę brudem zaciskają w pięści. 
Bellová porusza wiele tematów filozoficzno-egzystencjalnych. Pyta o istotę życia, dom rodzinny (czym jest rodzina?), miłość, odwagę, powroty do tego, co jest już zupełnie inne, niż w naszej pamięci. Zastanawia się nad ludzką serdecznością, władzą i pożądaniem. Przede wszystkim jednak nad dorastaniem i zanikaniem. Czy da się żyć wśród śmierci? I jak radzić sobie ze zmianą? Nami jest zagubiony, musi poznawać świat na własna rękę i nie zawsze udaje mu się pozostać szlachetnym. Wręcz trudno go lubić. Mało kogo w tej powieści się lubi, wszyscy wydają się skażeni, tak jak i jezioro, koło którego żyją. Wszyscy są niewolnikami nie tylko Wodza, ale też Ducha Jeziora, są otoczeni brudem i pyłem. 

Trudno pogodzić mi się z tym, jaką pozycję zajmują w Jeziorze kobiety - to ofiary przemocy i męskiej dominacji. Gwałt, ciężka praca i seks - to je definiuje. Kobiety funkcjonują tu jedynie w odniesieniu do mężczyzn, czego nie lubię, są krzywdzone albo niedoceniane. Nie ma tu jednak tak naprawdę negatywnych postaci kobiecych - one są ofiarami. Mężczyźni za to są w większości niewrażliwymi świniami, ciągle napalonymi i rządnymi władzy, co też nie jest w porządku: Rosjanie, Johnny, dziadek Namiego, przewodniczący kołchozu... Stereotypowy, zimny, twardy facet i podporządkowująca się jego woli kobieta. Prawdopodobnie taki podział ról był zamierzony przez autorkę, ale mimo to przeciwstawienie dobrych, ale krzywdzonych kobiet z okrutnymi, złymi mężczyznami... nie przekonuje mnie. 

Czym dłużej myślę o Jeziorze, tym bardziej tę powieść doceniam. To zupełne przeciwieństwo literatury czeskiej, którą większość z nas kojarzy z ciepłym humorem i poczciwością. To powieść, która co prawda kładzie nacisk na to, co w życiu trudne i niesprawiedliwe, ale robi to z wielką gracją. Siedzi w głowie, drąży. Pokazuje, że co by się nie działo, warto trzymać się życia, eksplorować je, próbować zrozumieć. Niestety daje również przesłanie, z którym się nie zgadzam - że często walka o lepsze życie, nie ma sensu - że lepiej dostosować się do tego, co jest, pogodzić się z nierównością i podłością. Akceptowana, powszechna degrengolada. Czy życie i dorastanie naprawdę jest takie do dupy? Z tym wzniosłym pytaniem Was zostawiam. I z cytatem: 
Nami kładzie dłonie na brzuchu, przyjemnie znów się porządnie najeść. Naciska coraz mocniej, ale choćby szukał nie wiadomo jak głęboko, nie może znaleźć żadnych uczuć; jest tam tylko pusta długa nora, wykopana kiedyś przez dzikie zwierzę. Zostawił fragmenty siebie samego z ludziach, których kochał, i nie ma już nic.
Jezioro Bianci Bellovej, tłum. Anna Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2018. 

06 maja

Nie czytaj każdej książki jak reportażu! O fikcji, realizmie magicznym, absurdzie i grotesce

Nie czytaj każdej książki jak reportażu! O fikcji, realizmie magicznym, absurdzie i grotesce
Mural w Katowicach. Zdjęcie P. Czerwińskiego z Unsplasha.
Dziś będę wyżywać się na kolejnej przyuważonej przeze mnie (nie tylko przeze mnie), denerwującej nieco tendencji szerzącej się wśród czytelników (i nie tylko). Proszę nie wziąć mnie tylko za jakiegoś zgreda i snoba, co to ma taki gust wyrobiony, że sobie myśli tylko całe dnie, jak by tu kogoś wyśmiać, wyszydzić i poniżyć. To tylko obserwacja i coś, za czym w literaturze, a raczej świecie szeroko rozumianej krytyki literackiej, nie przepadam. Ten post będzie manifestem: NIE CZYTAJ FIKCJI JAK REPORTAŻU! 

Czy bohatera trzeba lubić, utożsamiać się z nim i go rozumieć? Czy fabuła powieści musi być prawdopodobna? Czym jest apsychologizm postaci i po co to komu? Czy da się lubić absurd, bezsens i groteskę? Czy jeśli się czegoś nigdy nie doświadczyło, można o tym pisać? Czy najważniejszymi kryteriami przy ocenie książki jest jej „życiowość” i prawda? Czytelnik szuka w powieści siebie czy próbuje się od siebie oderwać? Czy książka ma być odbiciem naszego świata? Czy fantastyka jest gorsza, bo nie pokazuje prawdy o świecie? Jaka jest różnica pomiędzy dziurami fabularnymi a celowym absurdem? Czy tylko historia bazująca na prawdzie i prawdopodobieństwie może nas poruszyć? Czy to, co niemożliwe, jest w literaturze dozwolone? Czy elementy magiczne w utworze sprawiają, że książka jest bez sensu? Czy literatura to tylko opowiadanie ciekawych historii z barwnymi bohaterami? O tym będzie dzisiaj. 

To nie miało sensu – nikt przecież tak nie robi!... Stek bzdur, strata czasu... Autor to jakiś psychol, czemu mam czytać te głupoty?... A czy w tej historii były smoki?… W ogóle nie wiadomo, co tam się dzieje, masakra… Wydaje mu się, że potrafi pisać, a to same kretyńskie wymysły… Niepotrzebnie udziwnione… Pewnie był pod wpływem, kiedy to pisał… Idiotyzmy, brak logiki, męczarnia… Na nic doszukiwać się tu sensu, książka o niczym, wieje nudą… Takie komentarze można spotkać na temat Ferdydurke, Witkacego, Shulza… Podobnie oceniani przez wielu są Cortázar, Márquez czy nawet Tokarczuk. Wiecie, co ich wszystkich łączy? Zakrzywianie rzeczywistości. Stosowanie symboli i metafor. Elementy nadzwyczajne, magiczne, balansujące na granicy logiki (albo zdecydowanie ją przekraczające). Myślę, że tym, co wielu od takiej literatury odstręcza, jest uczucie niezrozumienia

Kiedy coś nie pasuje do naszych schematów, nie jest klarowne i jasne albo wpędza w nas dyskomfort poznawczy – w głowach zapala się czerwona lampka. W tym momencie stajemy na rozdrożu, mamy do wyboru dwie drogi: 1) zirytować się, zmarszczyć brwi i się poddać, 2) pogodzić się z własnym niezrozumieniem bez oczekiwań na to, że autor wszystko nam poda jak na tacy. Przyjemność z groteski czy realizmu magicznego można czerpać dopiero wtedy, gdy nie będzie się doszukiwać prostych sensów i realnych zachowań. Jasne, nie każdemu taki literacki labirynt, w którym bohaterowie nie podejmują logicznych decyzji, a fabuła skręca co chwilę w otchłanie nowych absurdów, będzie pasować. 

Nie znaczy to jednak, że mamy się irytować, wkurzać i narzekać za każdym razem, kiedy coś jest dziwne, nieprzystające do rzeczywistości. I nazywać to głupotą. Stety-niestety wielu ma ciągoty do wyrzucania na śmietnik wszelkich pozycji groteskowych, odrealnionych, magicznych i nazywania ich autorów przemądrzałymi, udziwniającymi narkomanami. Może jestem w tym temacie mało obiektywna, bo uwielbiam w literaturze wszystkie odstępstwa od normy, eksperymenty, awangardy i dziwności… I to prawda, że lubię być wpędzana przez autora w dyskomfort – mam wrażenia, że właśnie w takim stanie to, co niesie ze sobą dany utwór, można przyjąć z największą otwartością i wrażliwością, że takie utwory trafiają do serca i umysłu na długo. 

Mamy tendencje do czytania wszystkich książek jak reportażu! To znaczy, że chcemy, by wszystko tam funkcjonowało jak w naszym świecie – żeby bohaterowie zachowywali się naturalnie, byli życiowi, zmagali się z takimi jak my problemami. Nawet, jeśli historia jest osadzona w fantastycznym świecie, oczekujemy, że fabuła będzie się trzymać kupy, nie będzie żadnych niedomówień, niezrozumień, niedopisań, a bohaterowie będą spójni. Lubimy związki przyczynowo-skutkowe, jest a – musi być b. Jeśli coś dzieje się od czapy i nie da się logicznie czegoś wytłumaczyć – możemy się zgubić i zbuntować. Niepotrzebnie. 

Zauważam też, że dla wielu głównym kryterium oceny książki jest właśnie zwarta, barwna historia i ciekawi, pełnokrwiści bohaterowie. Dla wielu osób nie do pomyślenia jest, żeby bohater nie miał charakteru, nie był jakby żywcem wyjęty ze świata i wsadzony w karty powieści. W końcu trzeba się z bohaterem utożsamiać, czuć do niego sympatię bądź antypatię, rozumieć go, wejść w jego umysł… No… Nie. Nie zawsze. Wystarczy spojrzeć na Camusa i jego Dżumę, gdzie wszyscy bohaterowie są tacy sami, a narracja do bólu beznamiętna – a mimo to jest to przewspaniała, mądra powieść. Nie spłycajmy literatury do lubienia bądź nielubienia bohaterów, do wciągnięcia się w historię. Więcej – nie chodzi tylko o to, aby historia bohatera powiedziała nam coś o życiu. Jasne, że nie neguję wszystkich powieści, które pozwalają współczuć z bohaterem (taki zabieg pozwala w końcu osobiście przeżyć dzieło) i wynieść z tego jakąś lekcję. Ale nie warto patrzeć na wszystkie książki w ten sposób – jak na historię, której bohaterowie mają mi coś powiedzieć o świecie, w którym żyję, być swoistym lustrem. Nie – nie każda książka pragnie upodobnić się do reportażu, opisywać suchą rzeczywistość. (w pewnym sensie z tym zamiłowaniem do realizmu, a czasem wręcz do naturalizmu, jesteśmy podobni do pozytywistów)

Groteska ma tę przewagę nad powieściami realistycznymi, że łatwiej jest jej wejść głębiej. Nie ograniczona prawdopodobieństwem wchodzi w głąb zjawisk, za pomocą przesady, czasem skandalu, uwypukla, zwraca uwagę, komentuje, ocenia, szokuje, przyciąga. Działa nie tylko na zmysły i emocje, ale porusza coś filozoficznego, abstrakcyjnego. Zachęca do myślenia o tym, co transcendentalne, nieuchwytne, niepraktyczne (♥!)… Nie wszystko w literaturze musi być prawdopodobne, możliwe, proste do opisania, dążące do konkretnego morału. Niektóre książki chcą tylko namieszać – czasem warto im na to pozwolić, oddać się absurdom, zakochać się w niemożliwym. 

Sama często łapię się na tym, że chcę doszukiwać się w książce sensów i gdy bohaterowie zachowują się jakoś nienaturalnie, drażni mnie to. Jasne, że tak! Zwłaszcza, gdy czytam klasyczną powieść obyczajową, w której autor dąży do realizmu. Nie lubię, kiedy ten realizm mu nie wychodzi, dzieją się różne dziury logiczne a bohaterowi zmienia się osobowość co dwie strony. To irytuje mnie bardzo, nie szanuję (choć potrafię przymknąć oko i wybaczyć). 

Nie oczekuję jednak twardego, bezkompromisowego realizmu, gdy zabieram się za Dukaja, Tokarczuk, Ulissesa (jeszcze przede mną), Lema, Ziemiomorze, Mrożka… Nie oczekiwałam tego, czytając tak genialne książki jak Zgiń, kochanie, Ubik, Tainaron, Zdarzyło się pierwszego września, Po trochu Gogoli (niedawno!), Lunatyczna kraina, Złuda, Bramy raju Andrzejewskiego, Kryptonim „Pingwin”… Nie miałabym z nich tyle radości i satysfakcji, gdybym szukała w nich jedynie reportażowej prawdy i rzetelności. Do tego Was zachęcam – do czytania głębiej, nie skupiania się na tym, że gdzieś tam coś nie miało sensu albo że czegoś nie rozumiecie. Fikcja to fikcja, nie musimy czytać tylko po to, by z naszego świata uciec w taki sam, wsparty o te same filary.

Co o tym myślicie? Jesteście fanami groteski, realizmu magicznego i wszystkich niepodobieństw, czy raczej niekoniecznie? Jaką literaturę lubicie najbardziej, która porusza te najczulsze struny? Widzicie w sobie skłonności do oceniania literatury pięknej w kategoriach reportażu? 

EDIT: W szale pisania nie wspomniałam o jednej z ciekawszych kwestii! Czytanie książek jak reportażu wiążę się też z tym, że pragniemy wiedzieć, co było dalej, traktując bohaterów ulubionych serii jak realnie żyjących ludzi. Widać to doskonale na podstawie Gwiazd naszych wina (Hazel, która nęka autora, żeby zdradził jej dalszy ciąg historii, choć jest to przecież tylko fikcja, nawet jeśli bazuje na prawdzie) czy Harry'ego Pottera i J. K. Rowling, która w wywiadach nieraz dopowiada (zapytana), co dalej działo się z jej bohaterami. Sami fani serii traktują świat Harry'ego niesamowicie serio, wyszukując (na siłę?) wszelkich absurdów, nieścisłości w fabule i czyniąc z bohaterów powieści jakieś wzory do naśladowania, choć taki człowiek nigdy po ziemi nie chodził i wie o życiu tyle, co autor, który go stworzył... W ogóle takie czepianie się w książkach czy filmach nieścisłości rzadko kiedy jest potrzebne. Nie oglądam Szybkich i wściekłych po to, żeby irytować się ciągle, że takie manewry to tylko w bajkach są możliwe. Choć rzeczywiście przyłapanie autorów na jakiś logicznych błędach jest satysfakcjonujące... Byle nie sprowadzać czytania czy oglądania do oceny prawdopodobieństwa. Gdybym chciała tak oceniać Millennium Larssona (bombowa przesada!)... Albo nawet nieraz ciut za bardzo rozmarzoną, ale dzięki temu wspaniałą, Jeżycjadę... Nie ma co się bać niemożliwości. I powiem chyba nawet coś trochę kontrowersyjnego (?) - nie ma też sensu przywiązywać się do bohaterów. To tylko ciąg znaków. Wymysł. 

01 maja

Wydawnictwa niszowe - co? jak? dlaczego? Lista osobista #1

Wydawnictwa niszowe - co? jak? dlaczego? Lista osobista #1

Ostatnio inspiruje mnie i pociąga to, co w literackim światku mniej widoczne, zostające gdzieś na drugim planie, mniej popularne i znane. Odkrywam, że to nie jest tak, że czym bardziej poznaję swój gust, tym mniej zostaje dla mnie w literaturze popularnej przestrzeni, jako że nie zaczytuję się w kryminałach i romansach. Jest całe mnóstwo książek, które ktoś jakby napisał pode mnie, pod mój gust, moje upodobania, o tym, co mnie fascynuje, intryguje. Tylko coraz częściej znajduje te pozycje nie tam, gdzie zwykle się ich szuka, czyli w aktualnościach na LC, na stronach dużych księgarni jak Empik, w dziale nowości w bibliotece, na stronach poczytnych wydawnictw... Patrzę na swoją biblioteczkę - grzbiety powtarzają w kółko te same nazwy - Literackie, Nasza Księgarnia, W.A.B., Egmont, Znak, Jaguar, Bukowy Las, Media Rodzina, SQN, Otwarte, Świat Książki, PWN... Nie trzeba być wielkim miłośnikiem literatury, żeby te nazwy kojarzyć - to wydawnictwa, których książki zaludniają półki w całej Polsce, wydają przeróżne (nieraz wspaniałe!) książki.

Nisza (na rynku) - pozostawiony w jakiejś dziedzinie działalności człowieka niezagospodarowany obszar, w którym może się rozwijać coś uzupełniającego, drugoplanowego. (WSJP)
Obok wydawniczych kolosów, nieco bardziej w cieniu, na mniejszą skalę działają wydawnictwa docierające do ciaśniejszych gron odbiorców. I często właśnie tam można znaleźć coś szczególnie dla siebie. Wystarczy przeczytać, co samo wydawnictwo pisze o sobie, zapoznać się z kilkoma opisami książek i już wiesz - dla mnie to czy niekoniecznie. To zwykle miejsca, w których nie znajdziesz setek pozycji o przeróżnej tematyce. Co ważne - nieraz to własnie tu powstają prawdziwe edytorskie perełki, zachwycające wykonaniem i okładką. Dziś krótka lista odkrytych przeze mnie i bardzo lubianych wydawnictw niszowych (mniej lub bardziej znanych). Mam nadzieję, że pierwsza i nieostatnia, ciągle znajduję coś nowego i ciekawego. Zaczynamy! 

„Wydajemy, co się nam podoba. Istniejemy od 2008 roku. Dzielimy się z czytelnikami tym, co nas interesuje i co uważamy za ważne. Chcemy zrywać z kulturowymi stereotypami i uprzedzeniami, wprowadzać w obieg polskiej kultury nowe tematy, inne wrażliwości i świeżą estetykę. Publikujemy literaturę piękną i literaturę faktu z całego świata. Wydajemy ambitną eseistykę oraz książki poświęcone projektowaniu, architekturze i sztuce. Czerpiemy z tradycji i doświadczeń europejskiej sztuki książki; nazwa zobowiązuje — słowo „karakter” w szesnastowiecznej polszczyźnie oznaczało krój pisma.”

Tak pisze o sobie Karakter na swojej stronie. Gdy zerkniemy w zakładkę książki, pokaże się nam wynik 136. Moje pierwsze spotkanie z Karakterem miało miejsce w bibliotece na dziale z literaturą portugalską. Jako że jednak opis na okładce Lunatycznej krainy mówił o Mozambiku, a nie Portugalii, sprawdziłam autora i tak oto dowiedziałam się, że pochodzi z rodziny białych Portugalczyków mieszkających w Mozambiku i właśnie o rzeczywistości tego kraju pisze. Po lekturze szukałam innych powieści z afrykańskim kolorytem (zabrzmiało rasistowsko? E, chyba nie...) i tak trafiłam na inne książki Karakteru. Koniecznie luknijcie na ich stronę i na cudne okładki całej serii literackiej - ja czaję się na kilka pozycji. Karakter to jednak nie tylko literatura piękna, ale również (może nawet głównie) eseistyka (tutaj jako przykład Nadzieja w mroku, może słyszeliście) czy książki o szeroko rozumianej sztuce. Nową polską ilustrację ma siostra - przepiękne wydanie! Charakterystyczna wydaje mi się również seria japońska, w której skład wchodzą kanoniczne, japońskie pozycje. Osobiście nie miałam z nią styczności. Oferta wydawnictwa jest nietuzinkowa, widać, że Karakter stara się odkrywać przestrzenie niewyeksploatowane jeszcze na polskim rynku. Robi to z prawdziwą klasą i elegancją.
Jeśli jesteście zainteresowani zakupami, to na stronie Karakteru do dowołania darmowa przesyłka do paczkomatów i promki na ebooki!


„Tworząc Wydawnictwo Pauza precyzyjnie zdefiniowałam profil mojego wydawnictwa. W Pauzie wydaję: prozę zagraniczną (powieści i opowiadania); książki nagradzane lub nominowane do nagród na innych rynkach wydawniczych (rodzimych, lub zagranicznych); debiuty literackie, które nie otrzymały jeszcze nominacji do nagród, ale cieszą się uznaniem krytyków w swoich krajach.”

Tak mówi o wizji Pauzy jej założycielka, Anita Musioł. Pauza powstała w 2018 roku i ma do tej pory na swoim koncie dokładnie 20 pozycji (właściwie 19, jedna nie miała jeszcze premiery). Sama przeczytałam Zgiń, kochanie oraz  Linię - jeśli tu bywacie, to wiecie, jaki przeżywałam nad nimi zachwyt, polecam gorąco. ♥ Każda książka ma przepiękną szatę graficzną - żywa kolorystyka, wspaniała druga i trzecia strona okładki (polukajcie!), staranna edycja... Nie mówiąc o treści - pozycje wybierane przez panią Musioł są oryginalne, wybitne, nie są to zwyczajne, odmóżdżające czytadła. Legenda o samobójstwie to pierwsze dziecko Pauzy, a Ta druga - ostatnie. Niedawno ruszyła księgarnia internetowa Pauzy, więc jeśli jesteście zainteresowani, tam Was właśnie odsyłam. Przy okazji zwróćcie uwagę na bardzo czytelną, miłą dla oka stronę internetową. Uwielbiam również obserwować Pauzę na Instagramie, gdzie  między innymi udostępnia zdjęcia i relacje czytelników z lektury. 


„Wydawnictwo Książkowe Klimaty powstało w 2013 roku we Wrocławiu z pasji do odkrywania tego, co nieznane. Publikujemy współczesną prozę europejską, kierując się przede wszystkim na południe. Naszymi książkami chcemy pokazywać te miejsca na literackiej mapie, które pomimo niewielkiego oddalenia geograficznego, wciąż pozostają w cieniu. Wydajemy takie książki, jakie sami chcielibyśmy czytać i oglądać: mówiące więcej o świecie wokół nas, zrywające ze schematami i stereotypami. Każda seria to oddzielny kraj lub region, a tym samym  - unikalny klimat. Dlatego prezentujemy to, co bliskie, a zarazem nieznane.”

Już po samym tym opisie kusi mnie, żeby wykupić wszystkie ich książki... Gdy przeglądam ofertę Książkowych Klimatów to pragnienie tylko się wzmaga! Do tej pory przeczytałam 1,5 książki tego wydawnictwa. Zdarzyło się pierwszego września - powieść słowacka z wojną w tle, cudownie groteskowa! Po promocjach w Virtualo na pozycje KK kupiłam sobie również Po trochu (jestem w trakcie i na razie - jest moc! Bardzo dziwna proza o wsi, dzieciach i śmierci) i dramat Wady snu (opis jest fenomenalny!). Na Letnie przesilenie zwracam Waszą uwagę głównie z powodu przyciągającej wzrok okładki. Co tu dużo mówić - pięknie wydana literatura na poziomie, polecam!

LITERATURA CZESKA DLA WSZYSTKICH. Czechy to bliski nam kraj, gdzie nie brakuje talentów literackich. Pisarze jak Hrabal czy Hašek to giganci, jednak mieliśmy wrażenie, że na polskim rynku trochę brakuje tego, co obecnie ukazuje się w Czechach i co jest tam najchętniej czytane. W roku 2010 postanowiliśmy założyć wydawnictwo, aby wprowadzać na polski rynek najciekawsze nowości książkowe zza naszej południowej granicy. Wybieramy nasze tytuły kierując się prestiżowymi czeskimi nagrodami literackimi, sukcesem sprzedażowym danej publikacji, często także zwykłym wydawniczym "nosem". Znajdziecie u nas książki humorystyczne, współczesną prozę, serię Czeskie Krymi, serię Czeska Bajka, czeski reportaż, powieści historyczne i obyczajowe, a także coś dla zainteresowanych językiem czeskim.”

Z wydawnictwem Afera poznałam się przez przypadek na dziale literatury czeskiej w bibliotece. Miałam taką fazę w swoim życiu, że brałam pierwszą lepszą, ciekawie wyglądającą książkę z danego kraju i wypożyczałam. Gdy padło na Czechy, moją uwagę zwróciła powieść Masłem do dołu - przyjemna, pełna humoru opowieść o pewnym starszym panu. Książeczka malutka, kieszonkowa, w twardej oprawie - cudna. ♥ Z innymi książkami wydawnictwa nie miałam (jeszcze!) styczności, ale bardzo szanuję konsekwentnie spełniany pomysł - jest tu całe mnóstwo przeróżnej czeskiej literatury. Także dla najmłodszych. Moją uwagę zwróciła jedyna nieczeska pozycja - Mama umiera w sobotę, debiut Rafała Niemczyka. Książka jest przepięknie wydana, możecie to zobaczyć na zdjęciach na stronie wydawnictwa. Tak więc - polecam zerknąć, jeśli ktoś chce zacząć swoją przygodę z literaturą czeską albo już się nie interesuje! Afera podobnie jak Pauza niedawno uruchomiła księgarnię internetową, więc nic, tylko korzystać.

Dzisiaj to tyle, mam jednak na oku tuzin innych niszowych wydawnictw i gdy tylko lepiej je poznam (czyt. wydam wszystkie swoje pieniądze na książki), od razu piszę kolejnego posta! Znacie wymienione przeze mnie wydawnictwa? Macie jakieś swoje ulubione? Zachęciłam Was do czegoś? Czy również sądzicie, że szukanie ciekawych książek pod kątem wydawnictw to niezły patent? 

30 kwietnia

Podsumowanie kwietnia! Co pająki robią w domu, studia online, wielki powrót, fejm, ksionżki i filmy

Podsumowanie kwietnia! Co pająki robią w domu, studia online, wielki powrót, fejm, ksionżki i filmy

Kwiecień, myślę, dla nas wszystkich był dziwnym miesiącem. Duszenie się we własnych domach, kiedy na dworze coraz piękniejsze słońce, wysiadywanie na balkonie, maseczki, przez które parują okulary, nauczanie zdalne... Dni zlewają się, nie wiesz, jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna... I nawet nie można zniknąć w dali, gdzieś na wrzosowisku. Czas epidemii dla mnie osobiście miał wiele zalet - jedną z nich jest powrót do piania bloga i czytania. Odkrywam na nowo, że lubię to robić, że mogę to robić, że mam sporo pomysłów i myśli, którymi chcę się z Wami dzielić. Wydobywam z siebie nowe pokłady twórczego zapału i entuzjazmu, a nawet coraz wyraźniej kształtuję swój gust, znajdując nowe kulturalne nisze. 

Prywata i studia

Oddając się relaksowi i zainteresowaniom, na potęgę nie ogarniam studiów. Mylą mi się albo gubią maile od wykładowców, zapominam o konfach - zresztą, co przedmiot, to inna platforma: Google Classroom, Microsoft Teams, Zoom, Moodle... Robienie masowo notatek, czytanie artykułów, których normalnie by się nie czytało, konfy, na których przysypia się niemal tak samo, jak na zajęciach na żywo... Morfologia historyczna, której zdanie widzę w bardzo ciemnych barwach, a podręcznik dostępny online mało pomaga... Ja już chcę wracać do naszego pięknego, UŚ-owego biurowca bez powietrza i sensownego jedzenia! 

W kwietniu odkryłam miłość do puzzli - kupiłam najbardziej obciachowe, jakie znalazłam (i najtańsze) - cukierkowa Wenecja! Różowe rzeki, lukrowane kamienice, kremowe motorówki i latające babeczki działają na mnie relaksująco. Potem planuję zakup kociego Nowego Jorku... Siostra mną pogardza.

Odkryłam też, że mój kot bardzo lubi rozwalać i kłaść się na moich wspaniałych puzzlach (co z pewnością wydłuża czas układania), po czym robi takie słodkie oczka, że go jeszcze za to przytulam. Dziwnie za to reaguje na próby spacerów, raz z zainteresowaniem wącha trawę, po czym w przestrachu ucieka od poruszonej jego własnym ciałkiem gałęzi.

Nigdy nie piłam tyle kawy (właściwie to mleka z dodatkiem kawy. Moja siostra gardzi mną jeszcze bardziej). Tak to jest - nie wiadomo, co robić, to się je albo pije. 

Blogoszał

Od marca dużo się na Balladach podziało. Zmienił się wygląd bloga, uaktywniłam się na sołszial mediach, założyłam Instagrama (klikajcie!), który nieoczekiwanie daje mi mnóstwo frajdy, choć połyka mi też trochę dnia. (w ogóle - czy tylko ja jestem medialnym i promocyjnym leniem i nieukiem? Za Chiny nie umiem porządnie wypromować ani bloga, ani fanpage'a, ani profilu na insta xD Jak to się kurczę robi, żeby nie spędzać w internetach połowy dnia?! Jeśli macie jakieś przemyślenia na ten temat, to podzielcie się!) Zaczęłam myśleć na poważnie o rozwoju tego miejsca. Zainteresowałam się żywiej blogosferą i tym, w jakim kierunku zmierza teraz książkowy światek.  Po raz setny zaktualizowałam zakładkę Ballady i ja (jeśli jesteście ciekawi moich gustów, to tam znajdziecie moich książkowych, filmowych i muzycznych ulubieńców). Kupiłam nawet książki, czego nie robiłam od dawna (#biednystudent)... Mam chyba z dziesięć postów roboczych, które czekają na napisanie. Słowem - wsiąkłam! Trzymajcie kciuki, żeby mój zapał nie osłabł, bo jestem jednym z tych typów o leniwej naturze, którym szybko się nudzi.

W tym miesiącu na Balladach Bezludnych pojawiło się kilka recenzji, w tym jedna filmowa (chyba moja pierwsza!), i jeden post pogadankowy, który napisał się sam: o kobietach w kulturze i krytyce feministycznej; postulat, by w kulturze było więcej kobiet, a zwłaszcza kobiecych relacji! Serdecznie Was zapraszam do czytania oraz dzielenia się wrażeniami i poleceniami. ♥ Dzięki Waszym rekomendacjom poznaję wspaniałe dzieła!

Niech sobie tak powoli to miejsce rośnie. Mam nadzieję, że znajdujecie na Balladach choć trochę inspiracji, że pojawiają się tu treści bliskie Waszym serduchom i umysłom! Zrobiło się jakoś łzawo... Idziemy dalej! 

Książki

Serio, jak na moje czytanie pięć książek to jest super wynik... Nawet jeśli są to takie nie za grube pozycje. Jeśli miałabym ułożyć je według oceny (od najwyżej), wyglądałoby to tak:
  1. Zgiń, kochanie Ariany Harwicz. Jedną z dużych zalet kwietnia było odkrycie wydawnictwa Pauza! Zgiń, kochanie oraz Linia są wspaniałe, kobiece o kobietach, nieco niepokojące, pochłaniające. Nie mogłam się zdecydować, która z nich powinna zająć pierwsze miejsce, ale jednak książka Harwicz bardziej mnie poruszyła. Zapraszam do recenzji obu powieści.
  2. Linia Elisse Karlsson.
  3. Maria Antoniego Malczewskiego. Moja lektura na romantyzm, po opracowaniu okazało się, że jest całkiem ok. Obrazy zanikania, powieść ku śmierci, bohater bajroniczny, tajemnicze Maski... Samodzielna lektura jednak nie była dla mnie zbyt odkrywcza i inspirująca. Czasem pomoc w postaci opracowania jest niezbędna... 
  4. Dumanowski Wita Szostaka. Książka nieco nużąca, ale ciekawy pomysł. Tragiczna, jeśli chodzi o postaci kobiece.
  5. Normalni ludzie Sally Rooney. Tutaj mogę Was tylko odesłać do recenzji i przyznać, że miałam nadzieję na coś lepszego.
Pierwszy raz od miesięcy udało mi się zrecenzować większość przeczytanych w przeciągu miesiąca książek... Mamy tu dwie powieści polskie oraz argentyńską, szwedzką i irlandzką. Cieszy mnie to. Poza tym podczytywałam Inne światy, zbiór opowiadań polskich autorów na podstawie obrazów Różalskiego, ale chyba tego nie dokończę, szału nie ma.

Filmy

Zawsze oglądałam sporo filmów i jakoś paradoksalnie zapał zgasł mi trochę na kwarantannie. Mimo to obejrzałam więcej filmów niż statystyczny Polak w ciągu miesiąca, to na pewno. Było sporo kiepskich lub średnich filmów, o których wspominać nie będę (ok, może trochę - nie oglądajcie Dżungli z Harrym Potterem! I Planety singli 2), ale też kilka całkiem niezłych filmów. Tym razem - zero seriali. Ograniczam. Ok, to kłamstwo - obejrzałam po raz drugi całego Sherlocka z siostrą. I polecam of kors.
  • filmy Baumbacha - po obejrzeniu Frances Ha (odsyłam do recenzji) wkręciłam się w produkcje tego pana. Poszło - Historia małżeńska, Opowieści o rodzinie Mayerowitz, Walka żywiołów, Mistress America... Planuję napisać o nich szerzej. Tymczasem milczę. 
  • Czarownica 2 - to był miesiąc kontynuacji! Za ten film zabierałam się długo, aż w końcu totalnie się rozczarowałam. Powiedzieć, że fabuła jest mizerna, to nic nie powiedzieć. Nic tu się kupy nie trzyma. Dziury fabularne i absurdy, że się płakać chce. Widz potraktowany jak idiota, co tu dużo mówić. 
  • Kraina lodu 2 - miała dobre momenty, zwłaszcza komediowe. Piosenki Kristoffa i Olafa podbiły moje serce! Za to taka jakaś dziwna fabuła... No i Elsa z tym rozwianym włosem, ech... 
  • Zabójczy Jacques - ciekawa francuska komedia, groteskowa, absurdalna i przez to wspaniała! Opowiada o facecie, który ledwo wiąże koniec z końcem i postanawia przyjąć propozycję zabicia czyjejś żony. Parodia gangsterskiego światka - cudo! 
  • Birdman (2104) - dziwny, ale w dobrym sensie. Nie wchodzi w utarte konwencje, zaskakuje, trochę pozostawia w takim wrażeniu oniemienia (w stylu: co tu się właśnie podziało, bo zgubiłam mózg). 

Taki był mój kwiecień! Jak Wam upłynął ten miesiąc? Macie do polecenia jakieś książki, filmy? Co robicie na kwarantannie? Układacie puzzle czy inaczej zajmujecie czas?  

28 kwietnia

Jedna z najważniejszych powieści ostatnich lat? No chyba nie. Normalni ludzie Rooney

Jedna z najważniejszych powieści ostatnich lat? No chyba nie. <i>Normalni ludzie</i> Rooney

Nie umiem zacząć pisać, więc tym razem będzie jakoś nieskładnie, od środka, piszę, co akurat mi się nasunie. Mam nadzieję, że ten tekst będzie strawny. To nie będzie literacko piękne. Raczej toporne, potoczne, na granicy prostactwa. Pierwsze wrażenie z Normalnymi ludźmi: głupi tytuł, banalna okładka, zaskakujące pochlebstwa. Czytam opis - nominowana do x nagród, w tym do Bookera, tu planują ekranizację, tam w jakimś rankingu określona jedną z najważniejszych powieści XXI wieku, że taka och i ach, i rzygu-rzyg... Przeczytałam. No i się nie zgadzam. Może jedynie z rzygu-rzyg. 

Próbowałam z wszystkich sił znaleźć tu coś wybitnego albo chociaż ciekawego czy głębokiego. Moje smutne refleksje po lekturze: ani to nie jest oryginalne, ani głębokie czy zabawne, bohaterów się szczególnie nie lubi, historia nie porywa, ani to nie zmusza do refleksji, ani nie jest super napisane, nie jest takim fajnym, lekkim czytadłem, ani się nie leją, ani nie walczą, nie ma słodkiego romansu, superprzygody, ukrytych skarbów czy mądrych przemyśleń, nawet zapadających w pamieć scen... To po co taka książka? Co wniosła do mojego życia? Czy chociaż je umiliła? No nie. 

Dwa akapity, a ja już jestem zmęczona tym pisaniem. Chciałabym coś w tej książce pochwalić albo znaleźć jej sens. Szukałam choćby jakiegoś przewodniego tematu, czegoś, co autorka porusza kijem, żeby zobaczyć, jak działa, żeby coś czytelnikom uświadomić, nie wiem - wytłumaczyć. Ale Normalni ludzie prześlizgują się po kolejnych mniej lub bardziej kontrowersyjnych czy poruszających tematach, żadnego dogłębnie nie analizując. Najwidoczniej widać problem toksycznych relacji - ale poza tym, że dowiadujemy się, że takie są, to nic innego nam ta powieść o nich nie powie. A to, że są, to chyba oczywiste i nie trzeba po to, żeby to zauważyć, pisać całej książki. 

Banały, stereotypy, uproszczenia, przerysowania - co stronę. "Typowe liceum" (z amerykańskich filmów chyba...), w którym są ci fajni i mniej fajni, kujonów nikt nie rozumie i nie lubi, ładne dziewczyny to zołzy, a faceci to seksistowskie świnie. Żenada. Główny bohater, Connell to sportowiec, of kors, cichy i właściwie bez charakteru. A ona? Wyjątkowa, nielubiana, dziwaczka i supermądra. Jakże oryginalnie! A studia to tylko imprezy, popijawy i kluby dyskusyjne. Postacie takie jak Lorraine (choć ona i Joanna chyba jako jedyne dawały się lubić), Peggy czy Jamie - nie do zniesienia płaskie i przewidywalne. Wiecie, jeszcze rozumiem, kiedy bohaterowie docelowo mają być tylko cieniami, typami, jak u Camusa choćby. Ale widać, że autorka za wszelką cenę stara się nadać charakteru swoimi bohaterom, ale jest to sztuczne i toporne - ten typ, kiedy poznajesz bohatera nie po nim samym, po tym, jak się zachowuje, co mówi, co myśli, ale po opisach. I to nie takich, jak u Tyrmanda, gdzie trzema grubymi krechami zarysowuje się postać i jest ona fenomenalna, rozpoznawalna. Nie, autorka tysiącem malutkich kreseczek próbuje tego bohatera rysować i tak się nad nim męczy, że w końcu wychodzi jakiś twór człekopodobny. 

Powieść pozuje na ukazującą prawdziwą rzeczywistość, a wszystko tu się wydaje jakieś sztuczne. Dialogi są miałkie, dziwne, bohaterowie ogólnie nie umieją ze sobą za bardzo rozmawiać. Drażniące są relacje, poczucie, że bohaterowie sami pełzną w stronę dramatów, nawet jak wszystko zdaje się być ok, oni ciągle są na skraju depresji, ciągle jęczą. Denerwująca jest Marianne, która w kółko mówi, jaka to jest inna, dziwna, że musi się leczyć (ciągle to zresztą słyszy), choć z fabuły to nie wynika - jest standardową, normalną dziewczyną. Odróżnia ją może jedynie to, ze interesuje się polityką Izraela i innych krajów. Z jednej strony autorka ciągle podkreśla, że Marianne uważa się za wyjątkową i nie obchodzi jej opinia innych, po czym jej jedynym pragnieniem jest podporządkować się... facetowi. 

To wątek, który był dla mnie bardzo przykry. Bohaterki w Normalnych ludziach są upadlane. Nawet tego chcą! Narrator zdaje się jakoś nie protestować, dla wszystkich to jest takie jakieś ok... A jeśli nawet nie ok, to normalne, że każdy facet marzy o tym, aby zdominować kobietę i fantazjuje o tym, jak ją bije. No chyba nie. 

Powieść w dodatku jest bardzo przegadana. Historia sama w sobie według autorki chyba nie wystarcza, trzeba jeszcze wszystko łopatologicznie wytłumaczyć, skomentować. Opisy uczuć bohaterów aż do porzygu. Sami zresztą bohaterowie to kukły. No nie. Nie, nie, nie... Nic tu nie zagrało, jak należy. Z początku, owszem, przyznaję, nawet dałam się wciągnąć. Czym jednak dalej, tym fabuła bardziej mnie nużyła, bohaterowie męczyli, brak celu - irytował. Nie polecam. Nie wierzcie wszystkiemu, co czytacie na okładkach. Niezrozumiały szał ciał. 

Jeśli ktoś z Was czytał Normalnych ludzi i coś mu się tam spodobało - proszę, napisz w komentarzu! Może czegoś nie zauważyłam, może jest w tym coś wyjątkowego, coś dobrego! Na razie nie mogę uwierzyć, że tylu ludzi chwali, a ja nie wiem, nie widzę za co. Może jestem krótkowzroczna i coś przeoczyłam - pokażcie mi to! Na razie widzę w Normalnych ludziach totalnego, niewartego uwagi przeciętniaka. 

Normalni ludzie Sally Rooney, tłum. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020. 

24 kwietnia

Bez pracy nie ma życia? Linia Karlsson

Bez pracy nie ma życia? <i>Linia</i> Karlsson

To niesamowite uczucie, kiedy książka tak po prostu "wchodzi" - nie trzeba się zmuszać, gimnastykować, skupiać, potykać o słowa i zdania, samo się łyka, na raz. Linia to moja druga powieść wydawnictwa Pauza, niegruba, malutka, i tak samo jak Zgiń, kochanie pochłonęłam ją w okamgnieniu. Trudno mi też tych dwóch książek do siebie nie porównywać, bo mają wiele cech wspólnych: fragmentaryczna kompozycja, krótkie rozdzialiki, pierwszoosobowa narracja, autorkami są kobiety, a ich bohaterki żyją w klaustrofobicznym, samotnym świecie bez ludzi, którzy mogliby (albo chociaż chcieli) je prawdziwie poznać i zrozumieć. Co jednak najważniejsze - obydwie książki są genialne, niesztampowe, przepięknie napisane, pełne refleksji i wrażliwości. Tak, ta recenzja będzie zachwytem.

Emma żyje pracą, praca napędza fabułę, przenika każdą myśl. Poszukiwanie esencji pracy, jej istoty, staje się celem narracji, o czym mówi nam sama bohaterka: „Przestałam robić kawę w domu. Przestałam jeść w domu. Żywię się pracą” [s. 81]. Ktoś by pomyślał: „Pewnie kolejne dyrdymały o tym, że praca w biurowcu zabija człowieka w człowieku, upodabnia go do robota. Nic nowego, nuda". Skądże! Emma nie jest bohaterką zniewoloną przez zawód, broniącą się przed utratą indywidualności i życiem pełną piersią. To prawdziwie lojalna pracownica, która kocha swoją pracę, a równocześnie nie jest ślepo oddana, widzi w przeszklonych ścianach i rzędach biurek te przykre mechanizmy, które traktują człowieka jak pionka na szachownicy, powoli odbierają mu zapał i pozbywają się go, gdy już nie jest potrzebny. Widzi to pozorowanie, udawanie, nadmuchane idee.

Emma jest przez to bohaterką dziwnie niespójną, zaskakującą, nie dającą się do końca poznać. Wyrachowaną, kiedy mówi o pięciu się po szczeblach kariery, pilnowaniu swojego stołka. Rozfanatyzowaną, gdy na urlopie stwierdza: „nie mogłam spać, tęskniłam za biurem” [s. 168]. Z drugiej zaś strony, choć praca jest (bez przesady) całym jej światem, jedynym celem i sensem, nie może odnaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak jest. Czasem wydaje się całkiem wyprana z emocji, ludzkich smutków, zagubień, niepewności, staje się niepokojąca: 
Wszystko da się naprawić odpowiednią dietą i pozytywnymi myślami. Jeśli coś tracę, niebawem to zastąpię czymś innym. Ale nie stracę. Nie tęsknię. Wszystko jest takie samo, bez różnicy. [s. 171]
Dlaczego to mówi? Bo tym zajmuje się na co dzień w pracy - redaguje poradniki mówiące o tym, jak być szczęśliwym, jak być dobrym pracownikiem, jak osiągnąć to czy tamto...: 
Jak odnieść sukces w związku. W biznesie. Jak przestać dążyć do tego, by osiągnąć sukces. Jak głęboko oddychać. Pogodzić się z żałobą. Sukcesem. Dlaczego złość nie istnieje lub dlaczego nie jest twoją najlepszą przyjaciółką. Człowiek codziennie uczy się czegoś nowego. [s.34] 
Emma powtarza slogany poznane w pracy. Śni o pracy (nawet proroczo). Żywi się pracą. Tęskni za nią. Rozmawia tylko o niej. Tylko czy naprawdę w nią wierzy, jak wyznawca jakiejś religii? Niekoniecznie. Patrząc na wszechobecne szyby ciągle słyszy dźwięk tłuczonego szkła. Widzi linie, granice, które dzielą pracowników, nie pozwalając im na stworzenie prawdziwych, szczerych relacji. Patrzy na obrotowe drzwi, przez które wchodzą tylko wybrańcy, reszcie wstęp wzbroniony, i wie, że te sztuczne systemy burzą coś w ludziach, coś bardzo ludzkiego: „Każdy pracownik ma swoją kartę zbliżeniową. Swój kod. (...) Na zdjęciu człowiek przypomina siebie, ale nie jest sobą” [s. 32]. Emma widzi przemiany, jakie zachodzą w pracownikach - w tym w niej samej. Przyznaje, że boi się tego - nie chce też by inni pracownicy wyciągnęli z niej to, kim jest, pozbawili jej tożsamości: „Czasem boję się ludzi w biurze. Nie tego, że mnie zranią, poniżą, umniejszą. Nie robi to już na mnie wrażenia. Boję się, że mnie zjedzą, połkną w całości” [s. 91]. Cała jednak przykra wiedza o pracy, nawet lęk czy poczucie bezsensu, nie przeszkadza jej być zbzikowaną na punkcie własnego biurka: „To nie tak, że nie wiem. Tylko na co mi prawda?" [s. 145].

Pojawia się również mężczyzna, Billy, w którym Emma wydaje się szczerze zakochana - właściwie to tylko w relacji z nim widać w niej jakąś walkę, emocje, tęsknoty. Nie spodziewajcie się jednak wątku "miłość przezwycięża wszystko, żegnaj, praco, happy end". Nie. Emma patrzy na Billego trochę jak na coś, co odciąga ją od pracy. Myśli o nim, szuka wzrokiem, a potem próbuje zapomnieć, odzwyczaić się od niego. Mało romantyczne. Linia to nie romans.

Elise Karlsson nie tylko tworzy niesamowicie pochłaniającą, nieoczywistą historię, ale też pięknie to robi. Zgrabnie, z wyczuciem, wrażliwością, wspaniałym stylem. To książką, z którą można przysiąść na dłużej, pomyśleć, przekartkować raz jeszcze. Kobieca, mądra, poruszająca, niebanalna - takiej literatury nam trzeba.

Linia Elise Karlsson, tłum. Dominika Górecka, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2020.
Copyright © Ballady bezludne , Blogger