29 listopada

Co znaczy być mężczyzną w rodzinie pełnej kobiet? Zielone sari Anandy Devi

Co znaczy być mężczyzną w rodzinie pełnej kobiet? <i>Zielone sari</i> Anandy Devi

Opis brzmi banalnie, tendencyjnie. Mąż i ojciec, ale przede wszystkim despota, umiera. Na łożu śmierci jego myśli zatrute są jednym pragnieniem: utrzymać pozycję pana i władcy, zgnębić i poniżyć do końca swoją córkę i dorosłą już wnuczkę. Bóg-Dokter, jak sam siebie nazywa, wspomina swoje życie, umarłą młodo żonę, tłumaczy nam, czym kierowała się jego przemoc, majaczy. To oczywiste, czego spodziewałam się po takim opisie: historii ofiar. Historii bólu, traumy i niegojących się ran. Potępienia patriarchalnego dominatu. Feministycznego manifestu. W końcu - upadku starego porządku i triumfu kobiecości. Myślałam, że taka to będzie książka i obawiałam się przegadania, moralizatorstwa. Niepotrzebnie, bo przez ustanowienie Doktera narratorem powieści dostajemy historię bardzo przewrotną. Już sam początek nie owija w bawełnę:

Nie jestem apostołem grzecznej gadki. Brzydzi mnie hipokryzja tych pięknych i pustych formułek, na które łasa jest nasza epoka. (...) Jeśli myślicie, że wyjdziecie stąd z brzuchem pełnym dobrych uczuć, pomyliliście drzwi. [s. 5]

Dokter jest nie tylko nieznośnym, obrzydliwym bohaterem, przekonanym o swojej wyższości, ale też frustrującym narratorem. Wyprowadzenie czytelników (ale chyba zwłaszcza czytelniczek) z równowagi zdaje się być jego głównym celem. Po mistrzowsku manipuluje uczuciami i słowem. Z początku wydaje się, że w tej całej igraszce z otaczającymi go kobietami, ale także z odbiorcą książki, jest najszczerszą osobą na świecie. Co prawda przy okazji okrutną, ale transparentną. Bez oporów mówi, jaką przyjemnością napawa go władza nad innymi, opowiada z nieskrywaną przyjemnością o urokach przemocy i manipulacji. Nie udaje skruchy: „Dlaczego miałbym przyznać, że jestem potworem, kiedy w istocie jestem tylko mężczyzną?” [s. 90]

Jednak czy na pewno nie mamy do czynienia ze spowiedzią, z rozrachunkiem życia? Czy próba wytłumaczenia się ze swoich czynów, albo raczej próba pokazania nam, że nie było w nich nic złego, nie jest tylko fasadą? Czy gdzieś tam w środku nasz Bóg-Dokter wie, że mimo wszystko jest po prostu żałosny? To byłaby pocieszająca myśl. Nie mogę też nie zdradzić Wam, iż z każdą stroną taka interpretacja staje się coraz bardziej prawdopodobna. Sam mówi: 

I zrozumiałem, że kiedy się wystarczająco mocno wierzy, mogło się to stać prawdą: byłem wszystkim tym, czym widziałem się w zwierciadle innych. Ukułem rzeczywistość swojego kłamstwa, metamorfozę tak gwałtowną i tak kompletną, że nigdy już nie nawiązałem z powrotem kontaktu z tym młodzieńcem, który opłakiwał matkę w brudnym kiblu, całymi dniami błagając ją, by wróciła. [s. 37]

Czyli banał - traumatyczne dzieciństwo i nagle mamy naszemu bohaterowi współczuć? Jest kilka takich momentów, kiedy myślimy podczas lektury: kurczę, może on nie jest taki zły? W końcu to doktor, ratuje ludzi, napracował się w życiu, matkę kochaną, która wszystko dla niego poświeciła, stracił... Sam jednak narrator chyba nie chce naszego współczucia, gdyż po ckliwszych wyznaniach znów napawa się rozkoszą władzy tyrana, wyjawiając całą swoją obrzydliwość i przewrotność myślenia. Bardzo ciekawa postać - niby człowiek światły, wykształcony, a jednak prymitywny despota wciąż trzymający się przestarzałych tradycji patriarchalnych i czerpiący przyjemność z gnębienia najbliższych mu kobiet (to doskonale pokazuje, że przemoc nie zna warstw społecznych, pozycji i poziomu IQ). W tym wszystkim zresztą twierdzi, że je kocha. Gdzie sens, gdzie logika? 

W książce jest bardzo ciekawa scena, w której ustami nie umiejącej się nigdy wysłowić Kitty, czyli córki Doktera, narrator wyrzuca sam sobie ciosy, które jej zadał. Może więc pragnie sądu? To jeden z tych momentów, w których pod warstwą pewnego swojej racji pana i władcy, ujawnia się jeszcze coś. Może nie skrucha, ale chociaż wątpliwość, czy jego życie miało sens: 

Biedny, biedny mężczyzno, mówi. Ojcze? Nie, to miano nigdy do ciebie nie pasowało, tak samo jak miano męża, dziadka czy teścia. Zawsze byłeś tylko mężczyzną i to wszystko. Samcem. Tym, który za swój cel ma tylko siebie. [s. 186]

Pewnie część osób jest znużonych tą recenzją. „Do sedna, do sedna, czemu tyle gada o tym obrzydliwym człowieku! Do sedna, pisz o kobietach! O traumie, tragedii, o tym jak straszne jest życie pod męskim butem!” Tylko że to nie jest do końca historia kobiet, to nie powieść z tezą, a studium postaci - i to mężczyzny. Muszę przyznać, że właśnie dzięki temu, że te 200 stron siedzimy w głowie Doktera, a nie którejś z towarzyszących mu kobiet, dostajemy opowieść wielokrotnie bardziej poruszającą i głęboką. To książka charakterystyczna, wielowymiarowa i oryginalna, umożliwiająca czytanie i interpretację na wielu różnych poziomach. 

Jestem zachwycona tą powieścią. Przewspaniale napisana, konkretna, trafiająca prosto w czułe punkty, przejmująca, ale nie egzaltowana. O wielu ciekawostkach możemy dowiedzieć się również z posłowia tłumacza. Ananda Devi pochodzi z Mauritiusa - wielokulturowego kraju-wyspy, który liczebnością można porównać do województwa śląskiego. Jak podkreśla jednak sama autorka, nie należy utożsamiać rzeczywistości Zielonego sari czy innych jej książek z Mauritiusem, tak samo jak opisywanych historii z jej autobiografią. Kolejna rzecz, która zachwyca mnie u Devi - unikanie autobiografizmu. Nietrudno sobie wyobrazić, jak irytujące musi być ciągłe słuchanie pytań o to, czy ojciec Devi też był despotą (sama mówi, że był wspaniałych, kochającym tatą). Jak gdyby autor musiał przelewać na papier jedynie wydarzenia ze swojego życia. 

Zielone sari zajmuje zaszczytne miejsce wśród najlepszych przeczytanych przeze mnie książek w 2020 r. Powieść zachwyca jednak nie tylko treścią, ale też przepięknym wydaniem wydawnictwa w Podwórku. Na pewno w niedługim czasie zaopatrzę się w pozostałe książki Anandy Devi wydane w Polsce. Was również do tego zachęcam, mistrzowska proza. 

Zielone sari Anandy Devi, tłum. Krzysztof Jarosz, wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2018. 

11 listopada

O literaturze polskiej i lekturach. Dlaczego zachwyca akurat Mickiewicz i Sienkiewicz?

O literaturze polskiej i lekturach. Dlaczego zachwyca akurat Mickiewicz i Sienkiewicz?

Z okazji Narodowego Święta Niepodległości powzdychamy trochę - częściowo w należnym zachwycie, częściowo ze smutkiem - nad literaturą polską, tą dawną i tą nową, oraz nad kanonem lektur szkolnych. Zastanowimy się, czemu na języku polskim omawia się tyle tekstów patriotycznych, od Bogurodzicy poczynając, przez Sienkiewicza idąc, na Kamieniach na szaniec kończąc. Może w końcu dowiemy się, dlaczego Słowacki wielkim poetą był, a Mickiewicz jeszcze większym. A jeśli dopisze nam (mi) szczęście, to nawet odkryjemy, czym jest patriotyzm i dlaczego nie cierpiętnictwem i poświęceniem życia dla idei, a czymś bardziej związanym z kulturą i językiem. 

Na początek szybko przejrzyjmy sobie kanon lektur szkolnych (tych obowiązkowych), żeby zobaczyć, co kształtowało od najmłodszych lat nasze wyobrażenia o polskiej literaturze i patriotyzmie. Oczywiście nie wymieniam wszystkich tekstów (tylko te polskie i niedziecięce). Jak chcecie zobaczyć całość, to wygooglujcie podstawę programową - polecam, fascynująca lektura. 

Klasy IV-VI. Legendy polskie, Mazurek Dąbrowskiego. Pierwsze spotkanie z Sienkiewiczem - W pustyni i w puszczy. Pierwsze spotkanie z Mickiewiczem - część ballad i wierszy oraz fragmenty Pana Tadeusza (sic!). Pieśni i piosenki patriotyczne. Jakiś wiersz Słowackiego, bajki Krasickiego, nowelka Prusa. Wybrane wiersze kilku polskich poetów: Bełza, Gałczyński, Herbert, Kamieńska, Kulmowa, Miłosz, Różewicz, Staff, Tuwim, Twardowski. Z polskiej literatury nowej (poza Kosikiem i innymi utworami dziecięcymi), umówmy się, że po roku 1989: może jakiś nowszy Herbert, Miłosz, Różewicz czy Twardowski. 

Jak oceniam? Totalnie skreśliłabym Sienkiewicza (jest mnóstwo pięknych, świeżych i nowych powieści dla młodzieży, a oni się jeszcze naczytają Henryka) i Pana Tadka, a dodała więcej współczesnych tekstów polskich (zresztą z zagranicznych też bieda). Nie ma w ogóle współcześnie działających pisarzy!!! Plus za te legendy i Mazurek..., bo to każde dziecko znać powinno. 

Klasy VII-VIIIZemsta Fredry, Kochanowskiego tekstów sporo. Kamienie na szaniec. Żona modna Krasickiego, Mickiewicz po raz drugi (dużo dużo Mickiewicza), znowu Sienkiewicz (w tym Quo vadis), Balladyna Słowackiego. Żeromski i Syzyfowe prace. Artysta Mrożka. Melchior Wańkowicz i Ziele na kraterze (???). Wybrane wiersze takich polskich poetów jak Baczyński, Norwid, Leśmian, Marian Hemera, Rymkiewicz, Szymborska, Wierzyński, Lechoń, Jerzy Liebert, fraszki Sztaudyngera i aforyzmy Leca. Literatura polska po 1989: nowszy Barańczak i Rymkiewicz, nowsza Szymborska. 

Bieda straszna. Kolejny raz brakuje polskich twórców piszących TERAZ, urodzonych po II wojnie światowej. Pana Tadka, którego się na tym etapie czyta w całości, przeniosłabym spokojnie na liceum - uczestniczyłam w lekcjach polskiego (jestem na nauczycielstwie, jakby ktoś nie wiedział), na którym omawiało się ten tekst, i uczniowie totalnie tego nie rozumieją. Ja to męczyłam w II klasie szkoły średniej. Niektórych tekstów w ogóle nie znam, jak to Ziele... nieszczęsne. Fredrę lubimy, Kochanowski jest prosty i przyjemny (i ważny dla naszej literatury), nad Żeromskim bym się zastanowiła.

Szkoła średnia. Z najstarszych tekstów polskich we fragmentach: Bogurodzica, Lament świętokrzyski, Legenda o św. Aleksym, Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią. Fragmenty z Galla Anonima, znowuż Kochanowski, trochę Piotra Skargi, Paska i Krasickiego (w tym Hymn do miłości kochanej ojczyzny of kors). Sielanki Karpińskiego. Mickiewicz po raz trzeci (praktycznie sama literatura o zabarwieniu patriotycznym), trochę mniej Słowackiego, Nie-Boska komedia i wiersze Norwida. Lalka, Gloria victis i Potop. Wiersze Asnyka, Kasprowicza, Tetmajera i Staffa. Wesele, Chłopi, jeszcze więcej Żeromskiego. Ferdydurke. Wybrane wiersze Leśmiana, Tuwima, Lechonia, Jasnorzewskiej, Iłłakowiczówny, Przybosia, Czechowicza, Baczyńskiego, Gajcy. Borowski, Grudziński i Krall. Wybrane wiersze (w tym z emigracji bądź podanych tomów): Baliński, Wierzyński, Miłosz, Różewicz, Białoszewski, Rymkiewicz, Szymborska, Herbert, Poświatowska, Barańczak, Świetlicki, Polkowski, Wencel. Droga donikąd. Tango. Opowiadania Nowakowskiego. Katedra Dukaja. Madame Libery. Miejsce Stasiuka. Profesor Andrews w Warszawie Tokarczuk. Podróże z Herodotem Kapuścińskiego. I coś, co mnie rozwaliło: powojenna piosenka literacka (w tym Demarczyk, Kaczmarski, Młynarski, Osiecka, Kabaret Starszych Panów). 

Tutaj się dużo podziało... Oczywiście w liceum zaczyna się podział tekstów ze względu na epoki - zaczynamy starociami i kończymy na literaturze współczesnej. W praktyce oznacza to tyle, że teksty nowsze omawia się po macoszemu, bo nie ma na nie czasu, a na karku już czuć przykry oddech matury. Startujemy tekstami, które my ledwo ogarnialiśmy na studiach - do wywalenia (Bogurodzicę można puścić, bo to w końcu dawny hymn, warto znać). Duży nacisk na romantyzm i to znane nam gadanie o cierpieniu, ucisku i prawdziwych Polakach. Za dużo Żeromskiego, Potop do likwidacji (lubię Sienkiewicza, a to cholerstwo męczyłam rok). Czemu nie ma w ogóle Konopnickiej i Nałłkowskiej?! Gdzie Schulz?! Co z Hłaskiem, człowiekiem-legendą? Dlaczego zamiast nich mamy tyle zbędności... I po raz kolejny - co z literaturą najnowszą?! Dobrze, że wskoczyła Tokarczuk, plusik za Dukaja i innych autorów współczesnych. Ale poza nimi są też inni warci uwagi pisarze, są teksty napisane po 2000 roku. Wciąż o nich za cicho... 

Wnioski zbiorcze? Dużą uwagę w szkolnictwie zwraca się na historię literatury. Jest bardzo dużo tekstów o zabarwieniu patriotycznym, które oczywiście nie są złe, a nawet bardzo ważne, ale ten nacisk na Sienkiewicza (i powtarzanie w kółko, że pokrzepienie serc...) i milion tekstów Mickiewicza jest męczący. I te ciągłe konteksty historyczne..! Romantyzm oczywiście jest epoką w naszej literaturze wyjątkową, bo po raz pierwszy polscy autorzy wyróżnili się na tle Europy, zdobyli uznanie i pogłos. Nie zmienia to jednak faktu, że uczeń się tym męczy. Słyszy ciągle, że ma kochać Polskę i za nią cierpieć, jeśli będzie taka potrzeba. Kanon lektur buduje nam obraz wielkich herosów i moralizatorstwa. Że kiedyś to było, a teraz to nie ma. 

Czemu w lekturach obowiązkowych brakuje Lema, najczęściej tłumaczonego polskiego pisarza (łączny nakład ponad 30 milionów egzemplarzy)? Czemu jest tylko jeden tekst Tokarczuk? Czemu nie mówi się o poetach wyklętych, choćby Wojaczku? Czemu nie mówi się, jak wygląda polska kultura i literatura współcześnie? Gdzie nagradzani polscy autorzy? Czemu niby Kochanowski, Żeromski i Norwid mają być dla nas ważniejsi od Myśliwskiego, Masłowskiej, Tulli czy Twardocha? Współcześnie działa wielu poetów, więcej - młodzi siedzą w muzyce, czemu więc nie komentuje się tekstów Podsiadły, Korteza czy Starego Dobrego Małżeństwa? Polska to tu i teraz. Patriotyzm to nie tylko zainteresowanie historią - ale też duma z naszej kultury. Zwłaszcza tej współczesnej. 

(Oczywiście jest w kanonie lektur pewien wytrych - nauczyciel może samodzielnie wybierać teksty dodatkowe dla uczniów. Podstawa programowa nie jest więc niszczącymi wszelką nadzieję pętami, zresztą jest w niej wiele wartościowych, dobrych rzeczy. Ale nie o tym dzisiaj.)

Przykre jest dla mnie to, że osoby raczej niezainteresowane literaturą nie mają w szkole szansy poznać choćby w zarysie geniuszu współczesnych pisarzy. Tyle dobra dzieje się w polskiej kulturze i literaturze! Tyle wspaniałych tekstów i autorów! Trzeba o nich mówić i się nimi dzielić, bo, obok Mickiewicza i Sienkiewicza, mogą być oni naszą dumą narodową. Cieszmy się z sukcesów polskich pisarzy współczesnych, mówmy z dumą o Tokarczuk. Polska literatura nie zatrzymała się na PRL-u, a tak niestety wielu uczniów może pomyśleć, wpatrując się ze znużeniem w ciąg nie zawsze zrozumiałych, podstarzałych strof, które może niosą jakieś uniwersalne prawdy, ale trzeba je siłą z tych tekstów wyduszać. 

Czy uważam się za patriotkę? Jak najbardziej! Czytam dużo polskich autorów. Interesuję się polską kulturą. Kocham posługiwać się językiem polskim, z tymi szeleszczącymi głoskami i często trudną do wymówienia zbitką spółgłosek, uwielbiam nasze "ę" i "ą". Jak uciekam, to najchętniej w polskie góry. Na 11 listopada wywieszam polską flagę, bo czuję się Polką. Czuję przywiązanie z do rodzimego Sosnowca i do ludzi, którzy łapią te same memy, trzymają śmietnik pod zlewem, robią zakupy w Biedronce i trochę narzekają dla towarzystwa. Lubię to, że jesteśmy jacyś i że nasze zwyczaje i sposób bycia jest inny, niż gdzie indziej. Nie muszę zachwycać się husarami, Panem Tadeuszem i kulturą sarmacką, żeby kochać Polskę, taką, jaka jest, trochę śmieszną i na pewno niedoskonałą, nawet pomimo wszystkich podziałów i konfliktów, z taką i inną władzą. I wierzę, że każdy z nas ma jakąś tam polską cząstkę w serduszku, którą lubi. 

Nieco górnolotnie, ale z duszą, pisała dla Państwa narodowa i lokalna patriotka, zaczytana w polskiej prozie najnowszej, zakochana w polskim języku i nigdy nie lubiąca uczyć się historii, zwłaszcza bitew. 

12 października

Minirecenzje #3 Sierpień-wrzesień. Literatura europejska, Dom z papieru i The Umbrella Academy

Minirecenzje #3 Sierpień-wrzesień. Literatura europejska, <i>Dom z papieru</i> i <i>The Umbrella Academy</i>

Sierpień za mną. Wrzesień za mną. Wraz ze słońcem i czasem niebeztroskiej nudy żegnam góry, morze, godziny spędzone tu i tam, z ludźmi takimi i owymi. Bez żalu, bo niechże w końcu zacznie się coś dziać! Tęskno mi za studiami, zajęciami, obowiązkami, dniami spuchniętymi do granic, które kończyły się bólem stóp i szybkim snem. Choć jestem człowiekiem raczej ceniącym sobie relaks, mam go już po dziurki. O. Chcę znów mieć się czym stresować i za czym latać. 

Tak jak w lipcu dopadł mnie szał na czytanie, tak w sierpniu i wrześniu raczej wciągnęły mnie filmy i filmiki (mniej seriale). Coś tam się jednak niegrubego czytało. Jako że znów na Balladach mnie niedużo i recenzji (ani w ogóle niczego, ostatnio jadę na podsumowaniach) się nie pisało, dziś w skrócie o tych przeczytanych książkach. I dwóch obejrzanych serialach. 


Rzeczy Georgesa Pereca
Ta cieniutka książeczka zrobiła na mnie nijakie wrażenie. Nie jest to powieść, raczej historia opowiedziana jak esej, szkic na temat społeczeństwa francuskiego w latach 60... Młode małżeństwo poszukuje szczęścia w gustownym stylu życia. Do ich ulubionych rozrywek należy chadzanie do kina, przyglądanie się paryskim wystawom sklepowym i rozmowy na kulturalne tematy w kawiarniach z grupą przyjaciół. Wszystko wystudiowane i szykowne. Ich skromny dom pozostaje jednak zbyt ciasny, za mało świetlisty. Piękno, rzeczy, podróże - czy właśnie to daje życiowe spełnienie? Książka przegadana, choć temat ważny.

Średni współczynnik szczęścia Davida Machado 
Odsyłam do recenzji na blogu! Jedynej, którą napisałam przez te dwa miesiące... 

Kroniki ukrytej prawdy Pere'a Caldersa 
Przewspaniały zbiór opowiadań, całkowicie w moim guście! To, co nierealne, paranormalne, dziwne, łączy się tu z codziennym, zwyczajnym, zabawnym. Ciekawe pomysły, niesamowita wyobraźnia, uśmiech na twarzy - polecam! Zwłaszcza pierwsza część - Pewność przez zaskoczenie - totalnie mnie zauroczyła. Coraz bardziej lubię tę latynoską magiczność, nietypowe historie - może moja literacka dusza jest Hiszpanką? 
W pewnym wieku wszyscy ludzie mają za sobą jakieś doświadczenia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi i kiedy nadarza się okazja, chętnie o tym opowiadają. 
Drobiazg. Miłość w czasach genetyki Markéty Baňkovej 
Spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego! Myślałam, że będzie to powieść z pogranicza sci-fi, z domieszką magiczności, dziwności, a dostałam książkę o naukowcu, który, patrząc na świat, widzi geny i to, jak one nami kierują. Będąc dzieckiem adoptowanym, rozważa też, jaką rolę w naszym życiu pełnią biologiczni rodzice. Zakochuje się i wie, że wszystkiemu winna jest biologia, parcie jego genów na dalszą podróż. Uwielbiam wątek szczurów. Ciekawa książka, świetnie napisana, choć nie wywołała we mnie większych wrażeń - może potrzeba by mi drugiego, wnikliwszego czytania? 

Żywopłoty Marii Karpińskiej 
Ta książka była tak nijaka... Nie pamiętam z niej praktycznie nic. Co prawda nie jest to źle napisane, ale jakby o niczym. Nie potrafię nic więcej o niej powiedzieć. 


Czereśnie będą dziczeć Marioli Kruszewskiej
Pierwsze dwie strony tej książki mnie odrzuciły i zirytowały na tyle, że wróciłam do lektury miesiąc później. Kruszewska, poetka, tutaj próbuje się z prozą. Narracja jednak ocieka poetyzmem, epitetami, które na początku nie współgrały mi z wiejską, wschodnią gwarą. Potem się wkręciłam. Czereśnie będą dziczeć są pięknie rozplanowane, przeplatają się w nich losy różnych ludzi, Polaków, Ukraińców i Niemców. Choć wojna się skończyła, trwają przesiedlenia, cierpienie, niepewność, traumy. Niektóre historie rzeczywiście chwyciły mnie za serce, choć nie ma tu niczego nowego, same znane wątki, chwyty, typy ludzkie. Dobra książka, ale nierewolucyjna (czy rewelacyjna).

Portret kobiety w opowiadaniach dziesięciu hiszpańskich autorek
Nadzieje i oczekiwania miałam spore, ale żadne z opowiadań nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Przykro mi te słowa tak w kółko w tym poście powtarzać. Nie zrobiło wrażenia, przeciętne, dobre, ale niemocne, bez szału, nie zrobiły na mnie wrażenia, za mało wrażenia... Ale takie były te dwa czytelnicze miesiące - dobre, ale bez efektu wow. Wracając do Portretu kobiety: wtórne wątki i kobiety przedstawione zawsze w jakimś oparciu o mężczyznę, w jakiejś z nim relacji. Oczekiwałam szerszego wachlarza kobiecych relacji, emocji, przeżyć, nie tylko tych związanych z mężczyznami. Przykro mi to mówić, ale największe wrażenie zrobiła na mnie końcowa nota od tłumaczki. Chyba forma zbiorów opowiadań od przeróżnych autorów/autorek do mnie nie przemawia. Choć opowiadania i krótkie formy lubię.

Niewidzialne kobiety Caroline Criado Perez 
Na temat tej książki i przemyśleń z nią związanych planuję jeszcze napisać (choć z tymi moimi planami różnie bywa), ale ogółem - to na pewno ważna książka. Może nie na tyle, abym kazała czytać ją każdemu, ale ważna. Porusza tematy drobnych i większych wykluczeń, których ofiarami są kobiety. Pokazuje, co dzieje się, gdy w projektowaniu naszej rzeczywistości nie weźmiemy pod uwagę kobiecej perspektywy i kobiecych potrzeb. I że równość płciowa nie oznacza, że próbujemy równać kobiety do męskiego poziomu, oczekiwać od nich tego samego, kroić nas pod męski wzór. Jesteśmy inne, ale w żadnym razie nie gorsze. Niby oczywiste, ale w praktyce różnie bywa.

Piękna młoda żona Tommy'ego Wieringi 
Tę książkę kupiłam na ArtRage w takim Pauzowym, ebookowym rzucie. Polecam Wam tę stronę bardzo gorąco, warto zapisać się na newsletter i obserwować, czy nie pojawiają się przypadkiem pakiety jakichś interesujących Was książek (ja już skorzystałam z trzech akcji, teraz np. można kupić pakiet Krótkiej formy, a tam m.in. opowiadania od Książkowych Klimatów). Nie będę szerzej tłumaczyć co i jak, zajrzyjcie na stronę! 
Piękna młoda żona, przeczytana ciągiem w kilka godzin, była dokładnie taką prozą, jakiej akurat potrzebowałam. Mocna, trochę kłująca, szorstka, hipnotyzująca, bez wyraźnie zarysowanej myśli przewodniej, bez morałów. Bardzo polecam, jeśli przypadkiem właśnie czegoś takiego szukacie. 

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej 
Słyszałam tak dużo dobrego o tej książce i tak wiele osób mi ją polecała (zwłaszcza po lekturze Po trochu Gogoli, która była niesamowita), że już przed czytaniem byłam pewna swojego zachwytu. A tu niestety... Po raz kolejny pięknie napisana, przemyślana opowieść, po której jedynie wzruszam ramionami, myśląc sobie: "No, może być". Nie jest to problem samej książki, która obiektywnie jest prześwietna, ale tylko i wyłącznie moich oczekiwań, gustów, trochę niespełnionych zapałów. Bardzo podobała mi się forma krótkich rozdziałów, pourywanych w punktach kulminacyjnych, jakby niedokończonych. Podobała mi się autentyczność, opisy codzienności dziewczynki żyjącej na wsi za komuny, jej dojrzewania. Naturalne dialogi. Wszystko "pykło" - tylko gdzieś w sercu i umyśle nie zaiskrzyło, nic nie poradzę, życie. Może gdybym dzieliła z autorką jej przeżycia, tę wieś, te guguły, Teleranek i beboki... 

Podsumowując - pierwsze miejsce w moim sercu z tych książek zajmują zdecydowanie Kroniki ukrytej prawdy, na końcu zaś plasują się Żywopłoty. Poza tą ostatnią wszystkie książki mogę z czystym sumieniem Wam polecić - nawet jeśli nie ma w nich oczekiwanej przeze mnie genialności. 


The Umbrella Academy sezon I i II (2019-20)
Ostatnio mocno wycofałam się z seriali (raczej z nieumiejętności znalezienie dla siebie niczego ciekawego - jeśli macie jakieś polecajki, chętnie przyjmę!) i przez dwa miesiące obejrzałam dwa. The Umbrella Academy... Hmm... Nie zachwyciło mnie. Strasznie to infantylne, nielogiczne w irytujący sposób, bohaterowie nie umieją w ogóle w komunikację i tylko przez to dzieją się wokół złe rzeczy... I główni bohaterowie są tak denerwujący! Zwłaszcza Diego i Luther, porażka. Na trzecim miejscu Vanya. I to będzie niemiłe, ale oni są tak głupi... Tak strasznie głupi i nieżyciowi... Dlaczego więc obejrzałam drugi sezon? Dwa powody. Po prostu cholernie wciąga. I Pięć. Gdybym była kilka lat młodsza, to powiesiłabym sobie jego plakat na ścianie i wzdychała. Jest to bohater przerysowany i typowy, owszem, ale ma tyle uroku i przyciągania w twarzy! 

Dom z papieru sezony I-IV (2017-20)
Długo się ociągałam z oglądaniem, ale w końcu wsiąkłam razem z siostrą. I sezon - sztos! Ciekawi bohaterowie, do których się przywiązuje, przemyślana fabuła, fajne pomysły, emocje. II sezon - spoko. III i IV - nooo, niech będzie... Będę oglądać dalej, choć dwa ostatnie sezony już obejrzałam z niskim zainteresowaniem. Liczę na jakąś poprawę. 

To tyle! Chętnie przyjmę jakieś Wasze lekturowe, filmowe i serialowe polecenia! 

12 września

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

To jest wpis dla tych wszystkich, którzy choćby raz głęboko nie zgodzili się z jakąś treścią w książce czy filmie, reagując na nią wykrzywieniem twarzy. I tych, którzy uważają się za obiektywnych i stojących ponad własnymi przekonaniami. I dla osób, które czasem obawiają się, że dzieła kultury są w stanie ludzi w jakiś sposób "psuć", "deprawować", uczyć niewłaściwych postaw i wartości. I między innymi dla chrześcijan zastanawiających się może niekiedy, jak reagować na treści niezgodne z naszą wiarą - a więc czy walory artystyczne (bądź tylko rozrywkowe) dzieła są ważniejsze od morału i przesłania, jakie ze sobą niesie. 

Powinniśmy tego Harry'ego umieścić w dziale ksiąg zakazanych? Katolik czyta tylko KKK i biografie papieży? Czy są książki moralnie dobre i złe? Odcinać się w kontakcie z kulturą od naszych przekonać czy się oburzać za każdym razem, gdy kolejna zakonnica w filmie jest wredną, pomarszczoną okrutnicą? Można bezwstydnie patrzeć na co gorętsze sceny łóżkowe na ekranie czy raczej potulnie odwracać wzrok? Jest lista książek, która nie może mi się podobać, bo autorzy byli zagorzałymi ateistami i prowokatorami? Czy każdy utwór to nośnik idei, czasem "niebezpiecznej" bądź "nieodpowiedniej"? Artysta musi zabierać głos, wciskać wszędzie swoje przekonania, czy nie?

Pogadajmy o tym. 

Dawno, dawno temu, w latach marzenkowego dziecięctwa literackiego, mierzwiły mnie w czytanych książkach i oglądanych filmach wszelkie treści "nacechowane wywrotowo". Daję konkrety. Przedstawianie młodocianych rewolucjonistów, którzy mordują w ramach zemsty, jako bohaterów pozytywnych. Popieranie eutanazji, ponoć jedynej słusznej drogi w cierpieniu. Porzucanie żon i mężów dla innej miłostki i mówienie, że podążanie za takimi "czuciami" jest zawsze słuszne i godne pochwały. Nie chcę wdawać się tu w dyskusje etyczne, bo nie o to chodzi. Mówię tylko, że mnie przy odbiorze takich tekstów robiło się źle i przykro. Nawet kiedy taki tekst mi się ogólnie podobał, ale pojawiały się w nim niezgodne z moim światopoglądem i moją wiarą treści, nie potrafiłam myśleć o nim jako wartościowym i dobrym, na ogół go skreślałam. 

Nie łudźmy się jednak, że sztuka zgodna z moralnością chrześcijańską jest nurtem we współczesnym świecie wiodącym. Zagłębiając się w literaturę i film, chcąc nie chcąc, poznawałam różne spojrzenia, idee, postawy i przekonania. Obok utworów stosunkowo neutralnych (bądź nienachalnych) światopoglądowo, istnieje wiele takich, z których treścią moralno-etyczną po prostu się nie zgadzam. I co teraz? Mam zamknąć się w swojej bańce, poznawać takie dzieła, które będą utwierdzać mnie w moich poglądach i odrzucać wszystko, co mogłoby mnie "podrażnić"? W których wszyscy bohaterowie są szlachetni i dobro zawsze zwycięża? No nie. 

Jestem przekonana, że postawa "poznaję tylko to, z czym się zgadzam" jest wręcz szkodliwa. Wiecie dlaczego? Bo uczy pogardy. Skoro wszyscy, których czytam i oglądam, myślą jak ja, to "ci inni" mówiący inaczej, gadają bzdury i nie warto im poświęcać uwagi. Wierzę, że budując własny system wartości (używając utartego sformułowania), powinniśmy przyjmować różne punkty widzenia, by później świadomie wybierać to, co dobre, równocześnie rozumiejąc, że można myśleć inaczej (wierzę też, że można się mylić. I że są ludzie, którzy się mylą. Sama na pewno w wielu kwestiach się mylę. Cytując Miłosza, „istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych twierdzeń jedno jest prawdziwe”. Myślę, że kwestii etycznych to również dotyczy, a więc nie wszyscy mają rację, ale nie zagłębiajmy się w to. Grono mędrszych ode mnie filozofów o tym rozmyślało). 

Z wiekiem polubiłam polemizować w swojej głowie z autorami. Uczucie rozdrażnienia staje obok i tylko z rzadka przyłącza się do tych dyskusji. Lubię, gdy autor mąci mi mózg, a ja staram się w obliczu przedstawionej mi przez niego treści, postawić własne wnioski, stworzyć swoje stanowisko. Są też takie momenty, kiedy godzę się z tym, że nie mam zdania (myślę, że to całkiem zdrowo czasem po prostu nie mieć zdania. I milczeć). Staram się nie denerwować się i nie zaniżać swoich ocen przez niezgodność poglądów. Jasne, że nie zawsze jest to proste. 

Wracając do clou moich rozważań, bo rozmyły się nieco przez tę moralizatorską i chyba nieco niepotrzebną gadkę... Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Wszystko. Kochani chrześcijanie, mamy mózgi. Czytajmy Biblię i Harry'ego Pottera. To, że coś przeczytam, nie znaczy, że wezmę to za pewnik i świętość. Wierzę w Ewangelię i potrafię zauważyć negatywne wzorce płynące choćby z tego Harry'ego. I to, że one tam są, nie znaczy, że mamy te książki spalić. Mamy mózgi. Mamy sumienia. Korzystajmy z nich, a nie zakazujmy (bo to nie działa). Jak jednak pisze św. Paweł (u mnie Biblia Pierwszego Kościoła): 

„Wszystko mi wolno” - ale nie wszystko jest stosowne. „Wszystko mi wolno” - lecz ja nie dam się zniewolić przez cokolwiek.

Czy są książki i filmy, które mogą nam zaszkodzić, "zniewolić" nas? O sztuce moralnie "dobrej" i "złej" również wielu filozofów i pisarzy rozprawiało. Jedni mówili: są lektury szkodliwe, których czytać się nie powinno. I nie mówili tego bezpodstawnie, żeby tylko przytoczyć wpływ Cierpień młodego Wertera na niemieckich preromantyków, popełniających samobójstwa jak ich bohater-idol. Wokulskiemu też na dobre nie wyszło wczytywanie się w romantyków, tworzących wyidealizowany, święty obraz kobiet do uwielbiania i adorowania. Nam też pewnie wiele treści z filmów i książek podświadomie umościło się w umysłach. To jednak, że istnieje jakieś niebezpieczeństwo wchłonięcia negatywnych postaw ze sztuki, nie powinno nas ograniczać w doborze lektur i filmów. Równie dobrze, aby być w pełni "bezpiecznymi", powinniśmy odciąć się od świata zewnętrznego, internetu i telewizji. Zakazy i cenzura w niczym nie pomogą. Bo kto miałby być cenzorem? Kto jest najbardziej "prawomyślny"? I ponownie - czemu mielibyśmy tworzyć wokół siebie informacyjną bańkę, do której docierają tylko treści zgodne z naszymi poglądami? 

Wzywam do namysłu. Oglądamy - rozmyślamy. Czytamy - zastanawiamy się. Mamy wątpliwości - pytamy. Jako chrześcijanie w razie moralnych wątpliwości możemy sięgnąć po Pismo Święte, KKK czy podyskutować z kimś, kogo uważamy za autorytet (byle nie przyjmować niczego na ślepo!). Bo w zetknięciu z popkulturą może rodzić się w nas zagubienie. Jeden mówi tak, drugi tak, oboje wydają się rozsądni... Co myśleć? Czemu wierzyć? Jak reagować? Czasem wystarcza "nie wiem". A czasem potrzeba czasu, by jakieś treści ułożyły się w głowie. 

Co do tematu "nieskromnych" obrazów... Nic co ludzkie, nie jest mi obce. Ludzie uprawiają seks. Nie widzę w tym powodu do zawstydzenia. Jedna scena łóżkowa na filmie, w dodatku taka, na której nic nie widać, nie sprawi, że staniemy się rozpustnikami, gwałcicielami czy kim tam jeszcze. Naprawdę nie trzeba odwracać wzroku. Ani pomijać stron w książce. Takie życie. (Oczywiście to nie dotyczy pornografii i literatury erotycznej. Jeśli miałabym jednak wskazać treści, które rzeczywiście warto pomijać - to te. Rozumiem sięgnąć sobie z ciekawości po Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ale chyba nie muszę tłumaczyć, że sięganie po takie treści po to, żeby zapewnić sobie podniet i emocji, często masowo, nie jest już czymś, co uważam za dobre. Z punktu widzenia chrześcijanki i osoby, która słyszała o koszmarze osób uzależnionych od masturbacji. Mówię o tym w nawiasie, bo o tym też nie chciałabym dyskutować. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób się tutaj ze mną nie zgadza). 

Czy może mi się w końcu podobać coś, z czym się nie zgadzam? Albo autorstwa osoby, która ma inne poglądy, na przykład bardziej ode mnie lewicujące? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza, jeśli są to autorzy inteligentni i wrażliwi, nie rzucający w czytelnika (czy widza) ideologiczną sieczką (bo to nigdy nie jest fajne, po żadnej ze stron, nawet jeśli ktoś ma dobre intencje. Spróbujcie sobie obejrzeć jakiś kiczowaty film chrześcijański, np. Cuda z nieba). Wspaniałe Ursula Le Guin czy Olga Tokarczuk, które przepięknie potrafią wplatać w prozę swoje myśli i fascynacje, a z którymi zapewne nie we wszystkim się zgadzam, choć szanuję. Genialna Lolita, której zarzucano propagowanie pedofilii i która szokująco przedstawia świat oczami obrzydliwego człowieka, ale jest przy tym pięknie napisana. Ciemności kryją ziemię Andrzejewskiego - wstrząsająca lektura w negatywnym świetle ukazująca Kościół i duchownych w czasach hiszpańskiej inkwizycji, ale dogłębnie poruszająca (przy okazji bardzo bardzo polecam też Bramy raju). Pożegnanie jesieni Witkacego, gdzie panuje ogólne rozwiązanie obyczajów i zasada "rób, co chcesz", ale przy tym książka, która zachwyca absurdem, świeżością i kreacją bohaterów. Szalenie piękne Słońce życia, choć kobiety są tu potraktowane dość przedmiotowo. Z filmów czy seriali - wszystko o "dobrych" złodziejach, którym życzy się udanego napadu i świetnie się przy tym bawi. Długo mogłabym tak wymieniać. 

Jedyne, na co się w filmach i książkach denerwuję, to właśnie wciskanie mi na siłę własnych poglądów. To nie jest tak, że artysta MUSI koniecznie wyrazić w dziele wszystkie swoje myśli, zwłaszcza, jeśli są kontrowersyjne albo czuje konieczność "uświadamiania" ludzi. Takich dziełek często się nie da przetrawić. Nie cierpię, naprawdę nie cierpię moralizowania, łopatologicznych przemów i traktowanie odbiorcy jak idioty, któremu trzeba do głowy wbijać na siłę jakieś treści. Pozwólmy innym myśleć. I nie obrażajmy "tych drugich", nie zniechęcajmy do nich publiki. Tworzenie kolejnej postaci chytrego księdza, surowej zakonnicy, naiwnego katolika bojącego się piekła, ale także wrednej, brzydkiej feministki czy tchórzliwego Żyda zdrajcy - być może nie jest w porządku. Jak pisać - to wrażliwie. Jak filmować - to z empatią. Jak najmniej uprzedzeń i stereotypów. Można odrzucać jakiś pogląd czy zachowanie, ale nie warto pogardzać człowiekiem. Taka łzawa odezwa na koniec. 

Podsumowując: katolik i każdy inny człowiek może oglądać i czytać, co mu się podoba, ale warto pewne treści analizować. I zadawać sobie pytanie: po co? Bo wszystko wolno, ale nie wszystko warto. Na przykład warto poznawać inne punkty widzenia. Ale może nie warto maniakalnie oglądać niektóre uwłaczające kobiecej godności romanse czy krwawe filmy akcji typu Rambo (aby nie utrwalać w sobie krzywdzących stereotypów). Do osobistego rozeznania, bo nikt Ci nie powie, co trzeba czytać i oglądać, a co Ci zaszkodzi. Nie ma też co linczować dzieła, z którym nie zgadzamy się ideowo - chyba że próbuje agresywnie i stereotypowo przekazać nam pewne treści albo jest po prostu słabe artystycznie (bo jak ładnie Oskar Wilde napisał: „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle” - można polemizować, ale coś w tym jest. To odbiorca piętnuje tekst jako odpowiedni lub nie. Sam tekst jest tylko nośnikiem treści, historii, sam w sobie nie szkodzi. Dopiero jego oddziaływanie może być pozytywne lub negatywne, w zależności od tego, na jaki grunt padnie). 

Cały post odnosi się oczywiście do osób dorosłych - dzieci i młodzież, jako jednostki dopiero kształtujące się i chłonące wszelkie treści (często jako obiektywne, bezdyskusyjne prawdy), nie mogą oglądać i czytać, co im się podoba. A przynajmniej nie powinny. 

17 sierpnia

Średni współczynnik szczęścia Machado - historia życiowej porażki czy nadziei?

<i>Średni współczynnik szczęścia</i> Machado - historia życiowej porażki czy nadziei?

Gdy myślę o literaturze portugalskiej, to... Hm. Nie myślę o literaturze portugalskiej. Żadnych skojarzeń, przykładów, znanych autorów. Nic. Fio. Pustka. Nasze zainteresowanie kieruje się raczej nieco na wschód od Portugalii, do Hiszpanii, gdzie waleczny Don Kichot zmierza się z wiatrakami, a bohaterowie Zafóna z mrokami przeszłości. Albo jeszcze dalej, do Włoch (przecież te trzy języki i kultury to jeden czort!) i Dantego, Tassa czy Umberto Eco. Não importa. Z ciekawości przejrzałam na Wikipedii hasło Literatura portugalska i żadne nazwisko nie wydało mi się znajome. Ani jedno. Zero. Dlaczego tak jest, zostawiam do osobistego rozważenia. Tymczasem dziś będę mówić o portugalskiej powieści, którą przeczytałam po polsku, bo jak się okazuje, portugalskie książki są jednak u nas tłumaczone i wydawane. Tylko jest o nich niepokojąco niegłośno. 

Średni współczynnik szczęścia (czy też jak dumnie głosi okładka, co bardzo szanuję, Índice Médio de Felicidade) ukazał się u nas dzięki wydawnictwu Wyszukanemu. I już na początku zapowiada się nieźle: Nagroda Literacka Unii Europejskiej 2015, ekranizacja z 2017 (ale nie ma co liczyć na polskie napisy, a co dopiero lektora. Szkoda, szkoda)... Co jest w tej książce wyjątkowego? A może raczej - CZY jest w tej książce coś wyjątkowego? 

Gdy poznajemy Daniela, nie mamy mu za bardzo czego zazdrościć. Mieszka sam w oddaleniu o setki kilometrów od żony i dzieci, handluje odkurzaczami jako domokrążca, jego przyjaciel trafił do więzienia, a drugi od lat nie wychodzi z domu, poza tym zainwestował mnóstwo pieniędzy w projekt, który nie wypalił - stronę internetową mającą zrzeszać chcące sobie pomagać osoby. Mimo to Daniel daje sobie 8/10 punktów zadowolenia z życia, wierzy w Plan, że życie mu się ułoży. I choć z czasem sprawy idą coraz gorzej, on nadal nie traci nadziei, wręcz uparciej wierzy w przyszłe szczęście, które zdobędzie ciężką pracą: 

To jest ważne - wierzyłem w możliwość naprawienia wszystkiego, ponownego uchwycenia okruchów życia, które się oderwały, dopasowania ich lepiej do swojego ciała. I nie byłem zły. [s. 15]

Początek był dla mnie przykry. Narracja skargi, z którą Daniel zwraca się do Almodôvara (a raczej jego wyobrażenia), następujące po sobie nieszczęścia, zadziwiająca podłość nastoletnich chłopaków wobec bezdomnego, ci wszyscy biedni, pozamykani w sobie ludzie, którym praca i chęci odbijają się czkawką... Można się dobić, a ja (o czym już na Balladach wielokrotnie mówiłam) średnio lubię, gdy książka czy film epatują taką krzywdą, nieszczęściem, kształtują bohaterów-ofiary i każą nam im współczuć. Przykre wrażenie jednak szybko się ulotniło. 

Średni współczynnik szczęścia tylko z początku zdaje się wychodzić z takim przekonaniem, że życie jest złe i niesprawiedliwe. W rzeczywistości przekaz tej książki jest pogodny i pełen nadziei, a równocześnie nieprzesłodzony, nieoszukany. To także dość przewrotna historia. Danielowi przydarza się coś złego zawsze wtedy, gdy komuś pomaga. Przez syna swojego przyjaciela traci pracę, samochód, a nawet możliwość spotkania z rodziną. Ciągle musi dokonywać wyborów pomiędzy swoimi celami i pragnieniami, a potrzebami drugiego człowieka. Stacza się, jak można by pomyśleć, bo mimo wszystko jest dobrym człowiekiem. Ale to tylko złudzenie - czy nie więcej by stracił, pozostając biernym? Jako czytelniczka współcierpiąca z biednym Danielem, chciałam mu powiedzieć, żeby odpuścił sobie to cierpiętnictwo i zatroszczył się o siebie, o rodzinę, pracę, swój Plan. Może nawet trochę zawstydził mnie tym swoim stalowym kręgosłupem, zwłaszcza w chwili, kiedy próbuje dopasować Plan do nowej sytuacji: 

To był dobry Plan. Sprawiedliwy. To było możliwe życie. Spróbowałem jednak wszystko przepisać, przysposobić moją ideę przyszłości do nowych ograniczeń rzeczywistości. Rozpatrzyłem możliwości. Wymazać małżeństwo. Wymazać jedno dziecko. (...) Jakakolwiek praca zamiast pracy konkretnej. Jakiekolwiek życie zamiast prawdziwego życia. Żadna wersja nie wydawała mi się lepsza niż pierwsza. Każdy kompromis wydawał się błędny. (...) Jedyne, co mogłem zrobić, to walczyć. [s. 62]

To nie jest tak, że Daniel wszystkie przeciwności bez mrugnięcia przyjmuje na klatę, jak rycerz w złotej zbroi, i jest w tym niezłomny, niepokonany. Ten gość ciągle narzeka, rzuca oskarżenia, wątpi, próbuje robić uniki. Tym, co jest w nim urzekające, to uparty czyn, niezgoda na bierność: 

Kiedy rezygnacja stała się akceptowalna? (...) Problemem nie jest to, że każdy poszedł w swoją stronę Problemem jest to, że ogromna rzesza ludzi już nawet nie walczy [s. 158]

Daniel popełnia błędy, naraża się i często jego działania były dla mnie niezrozumiałe. Nie mogłam pojąć, dlaczego zgodził się, by jego rodzina mieszkała tak daleko od niego. Dlaczego nie przyniósł się do innego miasta razem z nimi. Czemu tak bardzo chciał pracować w zawodzie i nie mógł zgodzić się na kompromisy. Czemu, gdy stracił mieszkanie, nie poprosił nikogo o pomoc. To było frustrujące, działało na emocje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści są w jakiś sposób zranieni. Nie mamy tu podziału na złych i dobrych, szczęśliwych i nieszczęśliwych. Raczej na zadowolonych i niezadowolonych. Machado prezentuje nam róże postawy wobec przeciwności losu. Jest zagubiony, tchórzliwy Vasco. Bojący się świata, choć idealistyczny Xavier. Flor szukająca w gazetach całego zła. Pewna staruszka ze Szwajcarii, pełna pogody pomimo samotności i wypadku brata. W końcu Daniel, który choć obiektywnie rzecz biorąc, znajduje się w czarnej dziurze, ocenia swoje szczęścia na 8, a nawet 8,9. Wszyscy na swój sposób szukają szczęścia, ale nie wszyscy potrafią być zadowoleni z miejsca, w którym są tu i teraz:

(...) nie powinniśmy potrzebować złych dni, żeby cenić dni dobre, ta radość powinna zawsze istnieć, nie tylko w chwilach ulgi. Jednak jesteśmy skazani na tę obsesję zmieniania wszystkiego. Tu i teraz nigdy nie są odpowiednie, prowadzimy nieustającą walkę, niemożliwą do rozstrzygnięcia, bo nie akceptujemy mniej, bo zawsze chcemy więcej. [s. 311]

Narracja momentami jest nieco łopatologiczna, a wywody Daniela zbyt oczywiste, na zasadzie rzucania złotymi myślami - to do poprawy. Jednak samo przesłanie powieści jest ważne, mądre i wcale niebajkowe. Nie spodziewajmy się zakończenia w stylu: żyli długo i szczęśliwe. Albo: dobry uczynek zawsze do ciebie wróci. Raczej: warto być dla człowieka człowiekiem, nawet jeśli świat (lub nawet inny człowiek) jest ci wilkiem. Myślę, że to bardzo trudna myśl. 

Średni współczynnik szczęścia Davida Machado, tłum. Wojciech Charchalis, Wydawnictwo Wyszukane, Warszawa 2020.

04 sierpnia

Podsumowanie lipca: minirecenzje #2, góry, weltschmerz, design i więcej niszy

Podsumowanie lipca: minirecenzje #2, góry, weltschmerz, design i więcej niszy

Nie wkręcając się za bardzo w moje życie osobiste, mogę zdradzić Wam, że się dziwnie działo w lipcu (jeśli chcecie pominąć prywatę, zapraszam od razu do akapitu nr 2). Przez zabieganie, po rozpacz, spokój ducha i niepokój, samotność, tłum, rozradowanie i nowe zajawki, szukanie czegoś do roboty, odnawianie kontaktów i relaks. Wzięłam się za reorganizację pokoju, jeździłam na rowerze, ucząc się bycia samej, zacieśniałam więzy ze współstudentkami, planowałam nowe wyjazdy i łaziłam po beskidzkich chaszczach, czasem poza szlakami. Instagramowałam się, robiłam zdjęcia, czytałam dobre książki. Ograniczyłam filmy i seriale, z czego jestem dumna. Szukałam pracy, ale zbyt leniwie, żeby coś znaleźć. Może zbyt często zostawałam sam na sam z myślami. Było w tym miesiącu coś dla mnie bardzo odkrywczego - i nawet z takich małych, codziennych boleści wyciągnęłam, mam nadzieję, coś dobrego. Wolałabym jednak już przez ten huragan drugi raz nie przechodzić. 


Na blogu zadziało się właściwie niewiele: recenzja Włoskich szpilek, kolejny post o niszowych wydawnictwach oraz krótki tekst o tym, że cienkie książki są lepsze. Więcej dzieje się na Balladowym Instagramie i tam bardzo serdecznie Was zapraszam! Bardzo czuję tę formę, lepiej niż tę fanpagową, gdzie dużo to mnie nie ma... Więc wbijajcie na Instagrama! Tam na bieżąco piszę o swoich lekturowych wrażeniach. I jest tam też mój kot. Trochę roślin. Dziwne historie. Refleksje. Ale przede wszystkim książki! 

W lipcu szłam na swoje ilościowe książkowe rekordy, ale głównie dlatego, że miałam sporo czasu i sięgałam głównie po naprawdę malutkie pozycje, takie do 250 stron. Ale jakie! ♥ Wiele inspirujących książek, wiele przemyśleń na temat tego, jaka powinna być literatura. Jako że na blogu nie popisałam się ilością recenzji, choć o każdej przeczytanej w lipcu książce mogłabym napisać sporawego posta, dziś zapraszam Was do minirecenzji! Oto one! 9 KSIĄŻEK! Zwróćcie uwagę, ilu wśród nich jest polskich autorów. Poza tym nie przeczytałam w lipcu żadnej słabej książki! 


Nie zdążę Olgi Gitkiewicz
Mój chyba pierwszy przeczytany w życiu reportaż i pierwsza książka wydawnictwa Dowody na Istnienie (znów odsyłam do posta o niszowych wydawnictwach!). O komunikacji w Polsce. Z początku inspirująco i choć prosto, to odkrywczo: o tym, że pieszemu w życiu trudno, bo nikt go na tych pasach nie szanuje. Że rowerzystów się nie lubi, choć to im jest tak naprawdę źle, jak świśnie im koło ucha rozpędzona ciężarówka. Że mamy u nas do czynienia z "przymusem" posiadania auta, nawet jeśli mieszkamy w dużym mieście, gdzie wszędzie dałoby się dojechać autobusem. W końcu o wykluczeniu komunikacyjnym i miejscach, gdzie dawno pociągu czy busa nie widziano. Lekkie pióro, krótkie, wciągające rozdziały, ciekawa forma. Wszystko psuje się, gdy autorka zaczyna opowiadać o kolei - przywiewa nudą. Mimo to polecam! 

Opowiadania bizarne Olgi Tokarczuk 
Tak bardzo miłość! ♥ Po Biegunach i Podróży ludzi księgi - zupełnie nowa odsłona naszej noblistki. Zakochałam się w tych dziwacznych, zupełnie różnych od siebie historiach. Cofamy się w przeszłość, żyjemy teraźniejszością, wybiegamy w przyszłość. Poznajemy nowe rzeczywistości. Zielone dzieci żywiące się słońcem za czasów Jana Kazimierza. Człowiek, któremu pomoc odbiła się czkawką, choć ponoć był szychą. Mieszkające razem kobiety, którym nie wolno patrzeć sobie w oczy. Ktoś, kto widział skarpetki ze szwem idącym przez środek i okrągłe znaczki pocztowe. Niezniszczalne (?) ciało Monodikosa. Zmumifikowani święci. Moje ukochane opowiadanie - o synu, który po śmierci matki karmił się zostawionymi przez nią przetworami. I inni. Opowiadania bizarne (czyli dziwne, niezwykłe, śmieszne) działają na wyobraźnię, poruszają myśli. Przebiły w moich oczach i gustach Biegunów. I mam ochotę na więcej. 
Pan M. nie ma skłonności do górnolotnych określeń, zawsze zajmował się maszynami, jego umysł jest precyzyjny i pragmatyczny, dlatego nie używa słowa „szczęście”, ale raczej „satysfakcja”. [s. 109]
Rejwach Mikołaja Grynberga 
Moja druga (po Włoskich szpilkach) Nisza (znów odsyłam do posta o niszowych wydawnictwach!). Krótkie literackie wypowiedzi innych (fikcyjnych, prawdziwych?) o tym, jak widzą, odczuwają i przeżywają sytuację Żydów w Polsce. Obraz przez nie kreowany nie napawa optymistycznie. Czy naprawdę lepiej/łatwiej/dumniej jest nie być Żydem? Albo kryć się z tym? Co w ogóle oznacza "być Żydem"? I czemu to określenie tak bardzo piętnuje? Na te pytania nie znajdujemy u Grynberga odpowiedzi. Pisarz tyka kijem obszary, nie wiadomo dlaczego, wrażliwe. Robi to ustami swoich rozmówców, realnych czy też wyimaginowanych. Jak by nie było, brzmi to dość poważnie i niestety prawdziwie. Poza tym genialna proza! 
Są mili albo antypatyczni i wymagający. Bezkompromisowi i wrogo nastawieni bądź otwarci i współpracujący. Różni. Jak to ludzie. Jak to Żydzi. [s. 119]
Kobiety bez mężczyzn Shahrnush Parsipur
Książka irańskiej pisarki, w której to wyjątkowo mężczyźni pełnią role drugoplanowe. Realizm magiczny o kobietach postanawiające żyć same z sobą w jednym ogrodzie. Każda ma swoje, często traumatyczne, przeżycia z mężczyznami i pragnie spróbować żyć bez nich. Czy jednak im się to uda? Książka jest krótka, dziwna i wcale nie kreuje silnych, niezależnych postaci kobiecych. To niewiasty zagubione, niepewne i niedoskonałe. Polecam ciekawskim - dobra powieść, choć mnie z nóg nie powaliła (więcej o tej i innych książkach piszę na SWOIM INSTAGRAMIE, gdzie znowu GORĄCO WAS ZAPRASZAM, wcale nienachalna reklama). 


Grunt pod nogami ks. Jana Kaczkowskiego
Ks. Kaczkowski to niedawno zmarły na glejaka mózgu założyciel puckiego hospicjum, a ta książka to zbiór jego kazań i rekolekcji z czasu, kiedy wiedział, że nie zostało mu więcej niż kilka miesięcy życia. Choć z pozoru brzmi to smutno, dobijająco a może i niesprawiedliwie, lektura tchnie optymizmem, radością i wewnętrznym pokojem. Pokazuje, że nie o to chodzi, aby na Boga za chorobę się obrażać, że taka jest kolej życia. Że nie o to chodzi, aby całe życie z udręczeniem czekać na cud albo robić z siebie ofiarę i cierpiętnika. Kaczkowski pokazuje, jak ważne są szczere, piękne relacje z ludźmi i z Bogiem i jak wspaniałe potrafi być życie, jeśli nie tracimy dni na użalaniu się nad sobą. Nie jest to może lektura porywająca albo obowiązkowa dla każdego katolika. Proste prawdy, nieco inspiracji i motywacja do życia w radości i pokoju - niezależnie od sytuacji zewnętrznej. 

Szczeliny istnienia Jolanty Brach-Czainy
Esej filozoficzny z lat 60., w którym egzystencjalny konkret jest przyczynkiem do mówienia o życiu, sensie, dobru i złu. Wiele rzeczy, o których pisze autorka, mnie zainspirowało, zastanowiło, wprawiło w stan zadumania. Nie mogę jednak powiedzieć, że ze wszystkim bym się zgodziła - nie wiem, czy wynika to z niezrozumienia pewnych pojęć (choć Brach-Czaina pisze bardzo prosto) czy myśli. Szczególnie trudno zgodzić mi się z refleksjami w rozdziale Święte zło, gdzie autorka w jakiś sposób utożsamia zło z cierpieniem, a  dobro z przyjemnością i wręcz nie chce żadnemu z tych pojęć przyznać wartości negatywnej... W moim odczuciu już założenie jest błędne i dalej, na pewno też jako chrześcijance (zresztą - na tym tle widzę też niepełne zrozumienie wiary przez autorkę, choćby gdy pisze o grzechu jako buncie albo religii jako konstrukcie cenzurującym pewne doświadczenia, bez podania, a szkoda, jakiegoś przykładu), trudno było mi nie kręcić nosem. Ale nie o to chodzi, abyśmy się z każdą książką zgadzali - cieszę się, że w swoim umyśle mogłam wejść z autorką w dialog. Zdecydowanie bardziej lubiłam te fragmenty, w których refleksje autorki kręciły się wokół wiśni, porodu i ścierki, niż pojęć "większych", "wznioślejszych", gdzie łatwiej o puste hasła.
(...) nie można godzić się na rolę nieświadomego wyrobnika czynności egzystencjalnych. I w obronie własnej trzeba ścigać sens codzienności, jak przestępcę, który czyha w ukryciu. [s.79]
Copyfighter Łukasza Krakowiaka 
To zdecydowanie najbardziej wciągająca książka zeszłego miesiąca! Lekko i śmiało mówi o tym, jak powstaje reklama, w jakim środowisku, w jakiej atmosferze. Główny bohater i narrator jest copywriterem (podobnie zresztą jak przez wiele lat był nim Krakowiak), który próbuje się przebić, znaleźć sobie miejsce w branży. Z czasem robi się coraz dziwniej. Za żadne skarby nie czytajcie opisu na okładce, bo za dużo zdradza! 

Elizje Elizy Kąckiej 
Po Opowiadaniach bizarnych moje największe odkrycie zeszłego miesiąca. ♥ Króciuteńki zbiorek bajek-niebajek, w których królewny rozprawiają się z... językiem. To taka książka, którą chciałabym mieć na półce, by ciągle do niej wracać, odkrywać na nowo, obserwować kolejne niuanse i smaczki. Przepięknie wydana, dziwna, wspaniała - polecam fanom wszelkich literackich eksperymentów! 


Jak tam Wasz lipiec? Znacie któreś z przeczytanych przeze mnie książki? Macie coś do polecenia? 

26 lipca

Wydawnictwa niszowe #2 A może nie takie niszowe?

Wydawnictwa niszowe #2 A może nie takie niszowe?

Dziś ciąg dalszy podróży po niszowych wydawnictwach! W ramach wyjaśnienia, co rozumiemy (ja i słownik) przez słowo "niszowy", zapraszam do pierwszej części moich poleceń. W ramach skrótu przypominam, że nie jest to określenie pejoratywne, oznaczające 'coś mniej znaczącego' albo 'gorszego sortu'. Nie, nie, nie! Niszowy znaczy tyle, co nie podążający głównym traktem, to taki, który wypełnia rynkową NISZĘ, zapotrzebowanie na coś innego, może mniej popularnego czy wiodącego. Niszowe wydawnictwa nie będą więc dostosowywać się do literackich trendów, ale tworzyć/wyszukiwać nowe. Czyż to nie wspaniałe? To takie wydawnictwa, które działają na mniejszą skalę niż Literackie czy Świat Książki, i z pewnością są mniej rozpoznawalne przez laików odwiedzających księgarnie raz na ruski rok, co nie znaczy, że nie odgrywają ważnej roli we współczesnej literaturze. Skoro to sobie wyjaśniliśmy - zaczynajmy! 

Wrocławskie wydawnictwo specjalizujące się w wydawaniu książek obrazkowych o charakterze artystycznym (tzw. picture books), które skierowane są do dzieci i dorosłych. Publikacje otrzymują liczne nagrody i jako odbiegające od masowych standardów, są chętnie wybierane przez kolekcjonerów. [Wikipedia]
Format to na pewno przystanek obowiązkowy dla osób zainteresowanych 1) ilustracją, 2) składem książki. Sama w domu mam, a raczej siostra ma, Księcia w cukierni i Miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwsza jest zilustrowana przez Joannę Concejo, podobnie jak Zagubiona dusza napisana przez Olgę Tokarczuk. Ciekawostka - jeśli kojarzycie nowe wydania Tokarczuk z Literackiego, za ich okładki również odpowiada Concejo (widocznie współpracują). Miłość... to z kolei wiersz Szymborskiej, po polsku i francusku, a zilustrowany przez Włoszkę. Jak widać wyżej, całą książkę (jak również inne z Formatu) można rozwinąć w formę takiej kilkumetrowej planszy. Rewelacyjnie to wygląda! 

Wydawnictwo Tajfuny przybliża literaturę Azji Wschodniej. Wyszukujemy dla Was najciekawsze tytuły: świeże głosy ze swoich lokalnych scen literackich, nieznane i zapomniane klasyki oraz kultowe pozycje, które nie dotarły do Polski. Wybieramy książki, które zachwycają nas swoim językiem i poruszają ważne dla nas tematy i wierzymy, że zarazimy tą pasją czytelników w Polsce. Dbamy o każdą naszą książkę – nad każdym tekstem pracujemy tak samo dokładnie, kolacjonując tłumaczenia i zapewniając czas na uważną redakcję. [tajfuny.pl] 
Tajfuny atakowały mnie zewsząd, gdy założyłam Instagrama, i prawdopodobnie wielu z Was kojarzy to wydawnictwo (i przy okazji księgarnię w Warszawie). Sama czytałam jedynie Ukochane równanie profesora i to był zachwyt! Nie mówię tylko o treści, ale również o wydaniu! Piękno, klasa, prostota, coś cudownego. Czaję się na Gorączkę złotych rybek - musicie przyznać, że ten grzbiet wygląda bajecznie. 

Dowody na Istnienie – to tytuł książki Hanny Krall. Reporterka nam go użyczyła, bo wierzymy, że każda książka non-fiction jest dowodem na istnienie. Człowieka, świata, a nawet Boga (jeśli ktoś chce). Dlatego wydajemy przede wszystkim książki reporterskie – polskie i zagraniczne. [dowody.com]
O Dowodach pewnie też wielu z Was słyszało. Ja zaczaiłam się na promocję i kupiłam reportaż: Nie zdążę, esej filozoficzny: Szczeliny istnienia oraz czeską powieść: Drobiazg. Dwie pierwsze książki przeczytałam, zrobiły na mnie dobre wrażenie. Po raz kolejny - przepiękne wydania! Nie ma Szczygła zostało nagrodzone Nike w 2019 i nie mogę sobie darować, że jej nie kupiłam (ale to naprawię). Polecam zapoznać się z Dowodami przede wszystkim osobom zainteresowanym literaturą non-fiction, choć jak widać znajdziemy tu również serię powieści czeskich. 

Nisza jest stołecznym wydawnictwem, istniejącym na rynku od 2004 roku. Redaktor naczelną jest jego założycielka, Krystyna Bratkowska, która w większości przypadków zajmuje się także korektą i tłumaczeniami. (...) Za oryginalne okładki odpowiada grafik Ryszard Kajzer, niekiedy Bogusław Bachorczyk. W ofercie Wydawnictwa Nisza sprzedawane są przede wszystkim pozycje z zakresu literatury pięknej oraz eseistyki, wypuszczane zazwyczaj w dosyć niskim nakładzie. [ksiazki.wp.pl]
Nisza jest wydawnictwem widmo - strona internetowa nie działa, więc by dowiedzieć się czegoś o ofercie, trzeba  przeszukiwać katalogi księgarni czy serwisów takich jak LC, ewentualnie starać się coś wyszukać na fanpage'u. Warto się jednak naszukać! Nisza to przede wszystkim "podwójnie piękna" literatura polska, z tych nagradzanych i chwalonych przez krytyków. Za mną Rejwach, Copyfighter i Włoskie szpilki - bez wyjątku rewelacyjne. Starannie dobrana i wydana literatura. 

To tyle na dziś, ale już poznaję kolejne niszowe wydawnictwa! Jeśli znacie ciekawe, małe oficyny wydawnicze - podzielcie się nimi. I dajcie znać, które z dzisiejszego zestawienia znacie. 

14 lipca

Przejmująca niesprawiedliwość. Kiepskie macierzyństwo. Włoskie szpilki Tulli

Przejmująca niesprawiedliwość. Kiepskie macierzyństwo. <i>Włoskie szpilki</i> Tulli

Wypożyczając Włoskie szpilki z biblioteki, nie wiedziałam nic ani o książce, ani jej autorce. Okładka mówi - nagrody, takie siakie, odważna proza, przetłumaczona na tyle języków... Zaczęłam czytać podekscytowana, z dobrą myślą. Pierwszy rozdział: no nieźle, znakomite pióro. Drugi rozdział - nie za smutno? Zmarszczone brwi. Zmarszczony nosek. Skrzywione usta. W końcu - totalne skupienie na słowach, zachwyt formą i emocje. Niesamowicie intensywna opowieść. O nieprzystawaniu i przewlekłym, nieuleczalnym skrzywdzeniu. 

Bezimienna bohaterka i narratorka jest córką Polki i Włocha. Jako dziewczynka jeździ(ła) do Mediolanu tylko w wakacje. Innym trudno pojąć, dlaczego mając przepustkę za żelazną kurtynę, nie wyjadą z Polski całą rodziną na stałe? Wojna. Komunizm. Teraźniejszość. To nie linearna historia, to sieć relacji, zdarzeń i wspomnień, przeszłość istniejąca w teraźniejszości, i chwila obecna sięgająca tego, co dawne. Postępowanie i cofanie się. Głównie cofanie. Los, który człowiekiem targa, który jest pustoszeniem, nie żadnym rozwojem. Matka i jej mgliste wspomnienia wojenne. Traumy, a raczej przykrości dzieciństwa. Wreszcie opieka nad znikającą pamięcią. 

Słowem, genialna wyobraźnia narracyjna. Znać mistrzynię prozy, sporo naprawdę ciekawych zabiegów fabularnych. Szanuję. Nie są to puste eksperymenty z formą, które niczemu nie służą, a jedynie w taki czy inny sposób szokują, łechtają spragnione czegoś nowego umysły literatów. Tulli waży słowa, buduje nimi emocje, pozwala się zadumać. Na pewno znacie to uczucie zamulenia, które przyczepia się do nas po lekturze niektórych książek - kiedy patrzy się pusto w przestrzeń i myśli. I nie są to w żadnym razie myśli skonkretyzowane, ułożone i oczywiste, raczej stan ogólnego, wrażeniowego zamyślenia. Tak czuję się po Włoskich szpilkach

To nie jest przyjemna lektura, choć też nie traumatyczna. We mnie zawsze niezgodę budzi przedstawienie życie ludzkiego jako pasma tragedii, bólu i rozczarowania, w którym inni są tymi złymi, obojętnymi, nie dającymi wsparcia - a taka jest książka Tulli. Na próżno szukać w niej "ludzi dobrej woli", radości, choćby krótkotrwałej, nadziei i pozytywnych aspektów. Smutek. Żałość. Szarość. Przez to już miałam zamiar porzucić lekturę w połowie - nie mam zamiaru bez celu się dołować. Na szczęście to tylko 143 strony, które minęły, zanim na serio zaczęłam myśleć o przerwaniu czytania. Najbardziej uderzyły mnie opisy dzieciństwa bohaterki. Nieobecnej matki, która jest przeciwko własnemu dziecku. Poczucia osamotnienia. Nieustających, małych przykrości powodujących ciągłą bezsenność:
Niezbyt dobrze wiedziała, kim jest i nie znała słów, którymi zdołałaby opisać swoje położenie. Bo przecież nie działa jej się żadna krzywda. Z przykrości znała tylko te drobne. Dużo drobnych przykrości. (...) Tkwiła w kłopotach, ale nie dramatycznych, raczej przewlekłych jak nieuleczalna choroba, do której trzeba się przyzwyczaić, bo nie ma innego wyjścia. [s. 114]
Mniej by bolały wielkie tragedie i dramatyzm jak w filmie. Bo na takie drobne nieprzyjemności - nie zawsze jest lekarstwo. Przynajmniej według Tulli. Jej historią, jej bohaterką rządzi krzywda. Jak już mówiłam - nie ma we mnie zgody na taką wizję świata, ale też nie o to chodzi w literaturze, żeby odwzorowywać rzeczywistość kropka w kropkę. Nie wiem, w jaki świat wierzy autorka i czy sama patrzy na niego tak szaro i przykro. I nie o to chodzi, żebym to roztrząsała i na zasadzie takich gdybań oceniała, czy książka jest wartościowa, czy nie. Wiem, że przez tę może hiperbolizację smutku mnie poruszyła, skłoniła do myślenia o ludziach marginesu. Tych zawsze siedzących samotnie na korytarzach, z którymi nie chcemy się zadawać, bo są jacyś dziwni. Pokazała mi własną skłonność do izolowania się od Innego, nieprzystającego do mojego życia. Krzywdę, jaką wyrządzić mogą małe złośliwości i niecierpliwość. Oczekiwanie od dziecka przekraczania własnych granic - których nie umie pokonać, nie ze złośliwości czy lenistwa, po prostu z niemocy: 
Po tej lekcji wiedziałam już na pewno, że kształt kółeczek i laseczek nie zależy od mojej dobrej woli. I w zimnym błysku jasności zgadłam, że odtąd już zawsze będę odpowiadać za rzeczy, na które nie mam wpływu. Z dnia na dzień stałam się kimś, kogo wcześniej nie było. Kimś z kreską przy nazwisku. [s. 84]
Tematy nauczania i sposobu traktowania młodych ludzi są mi bliskie, bo prawdopodobnie sama w przyszłości będę nauczycielką - i nie chciałabym niechcący zostać niczym katem. A niestety nasz system szkolnictwa zdaje się nieraz popierać wykluczenia, ocenianie przez pryzmat zdolności, postępów, umiejętności. Może czasem warto spojrzeć na człowieka i zauważyć jego ludzką niemoc. I zamiast ją karać, to starać się zrozumieć i nie naciskać. To właśnie robi Tulli. Wzbudza w nas współczucie i niezgodę na osamotnienie. 

Niezwykle intrygującą postacią jest matka bohaterki. Niewiele się o niej dowiadujemy. A to, co widzimy, nie nastraja optymistycznie. Oschłość. Powojenna trauma. Wewnętrzna pustka. Emocjonalny mur, który negatywnie wpływa na jej córkę, pozostającą bez wsparcia nawet najbliższej rodziny. Naprawdę bardzo to wszystko smutne i dołujące... Ten brak wiary w świat i przede wszystkim chęć zaistnienia w normalności "tych lepszych": 
(...) wykreśliłaby po kolei każdą swoją cechę, żeby zatrzeć ślady. Każdą swoją myśl zastąpiłaby przeciwmyślą, każde uczucie przeciwuczuciem. Całą treść swojego życia zastąpiłaby przeciwtreścią. Było to rozwiązanie lepsze do niewidzialności, lepsze od rozpłynięcia się w powietrzu. [s. 102]
To niesamowite, jak w trakcie czytania zmieniała się moja opinia o Włoskich szpilkach. Tak naprawdę czym dłużej o nich myślę i piszę, tym bardziej mi się podobają. Prostota, wyczucie, unikalny styl, brak banału, ukłucia smutku, które skłaniają do refleksji. Przepiękny przykład prozy emocjonalnej, ale nie sentymentalnej. Po prostu genialnie napisane. Na pewno jeszcze wrócę do tej autorki. 

Włoskie szpilki Magdaleny Tulli, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011.

12 lipca

Książki jednodniówki. 10 powodów, dla których wolę, gdy jest krótko i cienko

Książki jednodniówki. 10 powodów, dla których wolę, gdy jest krótko i cienko

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem (miałam jakieś trzynaście, czternaście lat) i wkręcałam się w internetową książkosferę, lubiłam podpisywać się pod różnymi czytelniczymi trendami. Tłumaczę na przykładach: 1. lepiej przeczytać książkę niż obejrzeć ekranizację, 2. najważniejsze, by wkręcić się w historię, 3. pisanie po książce i zaginanie stron to największe zło, 4. objętość książki to żaden problem, grubaski też są fajne, bo można dłużej pożyć z bohaterami. Przez te kilka lat zdążyłam w swoim życiu obalić wszystkie te "czytelnicze przykazania" (przy okazji zapraszam do posta, w którym trochę o tym mówię) i dojść do banalnego wniosku: czytaj se człowieku, jak ci się żywnie podoba. O! Ludowa mądrość. 

Ostatnio odkryłam w swym czytelniczym sercu pewną prawidłowość. Grube książki (powyżej 500 stron) czytam tygodniami, czasem miesiącami. Ciągną się i ciągną, męczą mnie strasznie, zdają się nie mieć końca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spodobał mi się taki grubasek na tyle, żebym jednym tchem przeczytała całość. Tak ostatnio zdzierałam oczy na Czarnych oceanach Dukaja, Innych światach (które porzuciłam po kilku opowiadaniach), wcześniej Narrenturm Sapkowskiego (choć było całkiem spoko, odsyłam do recenzji), Potopie Sienkiewicza... Za to książki niegrube, najlepiej takie do 200-250 stron, zwykle połykam momentalnie. Oczywiście nie jest to jakaś sztywna zasada, przecież wciągnęłam się jak nie wiem w całą trylogię Cixin Liu, a Zły Tyrmanda czy Lalka Prusa to jedne z moich ulubionych książek. Traktuję je jako wyjątki potwierdzające regułę. Dlaczego?

10 zalet krótkich książek
I to takich, które nie wchodzą w skład żadnych serii

    1. Oszczędzanie czasu
To dość oczywista cecha cienkich książek - czyta się je zdecydowanie krócej. Jest to wyjątkowo istotne, kiedy czytamy coś, co średnio nam leży, a jednak chcemy/musimy to przeczytać do końca. No wiecie - lektury, bestsellery, których jesteśmy ciekawi, klasyki, przymus społeczny (jak to nie czytałeś Harry'ego Pottera?! Jak można nie znać żadnego utworu Mickiewicza?!). Łatwiej przebrnąć przez Ucztę Platona (ok. 50-70 stron) niż całych Chłopów Reymonta (stron milion). Mówcie, co chcecie... Poza tym niegruba książka jest wybawieniem dla ludzi z przypadłością taką jak moja - bardzo trudno jest mi porzucić rozpoczętą lekturę. Pracuję nad tym, ale jednak nieskończone książki nie dają mi spokoju. Poza tym trzeba doczytać nawet kiepską książkę, żeby móc się na jej temat wypowiedzieć, skrytykować. A przecież o to tu teraz chodzi w blogoświatku. 

    2. Odkrywanie
Jeśli chcemy rozpocząć swoją czytelniczą przygodę z jakimś autorem/krajem/gatunkiem/ nurtem, rzadko kiedy od razu rzucimy się na grubasy. Nie wyobrażam sobie, że moją pierwszą stycznością z Dukajem byłby olbrzymi Lód (którego nie czytałam, ale patrząc na inne, dość trudne do czytania jego książki... To mogłoby być wyzwanie. Choć twórczość Dukaja lubię i szanuję), a z groteską - Pożegnanie jesieni Witkacego (świetna książka!). No a jak ktoś jeszcze nie wie, czym jest mdławy romans historyczny - niech lepiej traci czas na czymś krótszym, niż Jeździec miedziany Simons (nie polecam). Czym książki krótsze, tym więcej w niewielkim czasie można odkryć, spróbować. 

    3. Smakowanie
Wiemy doskonale, że im coś występuje w mniejszej ilości, tym bardziej jest wyjątkowe. Weźmy na przykład takie... poziomki. Jestem przeogromną wielbicielką poziomek, a jest ich jak kot napłakał - nie dość, że tylko sezonowo, to i latem jak na targu znajdziesz (albo w lesie), to niemal cudem. Kiedy więc już mogę rozkoszować się ich niebiańskim smakiem, robię to powoli, zachwycam się każdą małą poziomeczką! Gdybym miała ich pod dostatkiem, żarłabym garściami... Analogicznie z krótkimi książkami - można powoli delektować się każdą stroną. Skupienie większe, łatwiej zachować uwagę, więcej się zapamiętuje. I się nie nudzi tak szybko. 

    4. Pochłanianie 
U mnie działa to tak, że jak mam kryzys czytelniczy, to potrafię niemal w ogóle nie czytać, może sporadycznie. Wtedy masowo oglądam seriale i filmy. Kiedy chcę kryzys przełamać - wiadomo, że nie sięgam po najcięższe (w dosłownym znaczeniu) tomisko w domu. Nie chcę w końcu wpaść w kolejny kryzys. Biorę się za książki jak najcieńsze. Wystarczy, że jedna taka książka mnie wciągnie, i biorę się za kolejną. Pochłaniam w dzień czy dwa. Nie męczę się tygodniami. To miłe uczucie, kiedy się tak szybko przeczyta książkę. Człowiek ma po prostu satysfakcję - udało się, skończyłam, jestem kimś! Dobijamy w tym miesiącu do dziesięciu książek! To bardzo motywuje do czytania taką leniwą kluchę jak ja. Serio, jestem ludzka, co będę kłamać. 

    5. Więcej za mniej 
Cienkie książki są z reguły tańsze. Jeśli kupię trzy grube książki i zapłacę stówę (hehe, przy dobrych wiatrach), to za tę samą kwotę kupię cztery, może nawet pięć książek krótszych. Czaicie bazę? Jestem studentem-sknerą. Zawsze biorę to, co tańsze. Wiadomo. 

    6. Eksperymentowanie z formą 
Może tu się nie zgodzimy, mając przed oczami Ulissesa Joyce'a, ale odnoszę wrażenie, że krótka forma sprzyja literackim eksperymentom. Sprawia, że czytelnik doświadczy czegoś nowego, ale nie zdąży się tym znudzić. Weźmy chociaż Innych ludzi Masłowskiej - gdyby to było dwa razy grubsze, poddałabym się. A tak mam w pamięci obraz książki dziwnej, ale charakterystycznej i ciekawej. 

    7. Podróże
Tu sprawa jest oczywista - bagaż jest zawsze dziwnie za mały, kiedy chce się wszystko zmieścić. Przemieszczając się, chcemy nasze walizy, torby i plecaki jak najbardziej odchudzić, żeby nie dźwiga. Dużo wygodniej czytać w tramwaju książkę małą, niż ogromne tomiszcze, od trzymania którego bolą ręce i spojrzenia innych pasażerów. 

    8. Brak przywiązania do historii i bohaterów 
Przestałam lubić tasiemce. Naprawdę. Jasne, lubię, jak historia mnie wciągnie - ale wole takie szybkie strzały. Nie chcę obsesyjnie myśleć o bohaterach fikcyjnej opowieści i zastanawiać się, co tam dalej z nimi będzie. A oczekiwanie na kolejne części jakiejś serii właśnie to z człowiekiem robi. Kiedyś uwielbiałam to uczucie kibicowania bohaterom, traktowania ich jak żywych - pewnie teraz też z przyjemnością bym się zaczytywała w dobrej, grubej młodzieżówce. Ale już nie chcę. Mam to w serialu i mnie to męczy, jak coś ma za dużo sezonów. Chociaż powieści chciałabym od tego przywiązywania się uwolnić. Literaturę traktuję poważniej i nie chcę się tu pysznić, po prostu film/serial to rozrywka, książki dobieram ostrożniej i rzadziej służą mi czystej rozrywce. Ktoś rozumie, ma tak samo? Oczywiście wyjątkiem jest Jeżycjada. Bo jest ze mną od dawna i kocham ją bezwarunkowo (nawet jeśli ta miłość bywa trudna). 

    9. Szybsze poszerzanie horyzontów 
Też macie poczucie zaległości kulturowej? Że jakoś tak za mało w życiu przeczytaliście, za mało znacie, za mało wiecie? I że chcielibyście być bardziej oczytani, z łatwością rzucać nazwiskami? No to słuchajcie - cienkie książki. Jeśli masz do wyboru przeczytać jedną Wielką Ważną Książkę albo trzy Małe Ważne Książki - wybierz te trzy. Trochę powtarzam to, co już pisałam wyżej, ale jeśli chcesz poznać Autora, o którym wszyscy mówią, ale nagle okazuje się, że to nie autor ale Autorów Milion, to zwracaj uwagę na ich Wielkie Krótkie Dzieła. Nie ma za co. Służę swoją starannie obliczoną erudycją.

    10. Stop wodolejstwu 
Masz wrażenie, że niektóre grube książki mogłyby stracić połowę swojej objętości i w ogóle by na tym nie ucierpiały, a wręcz taka terapia uszczuplająca by im pomogła? Cóż, tak jest. Jak gdyby autorzy mieli zaprogramowane w umysłach, że gruba książka to lepsza książka i więcej hajsu (a przecież nie płacą im za ilość znaków! Choć obiło mi się o uszy, że kiedyś, gdzieś tak było. Ktoś wie coś więcej?). I często wychodzi wodolejstwo. Nie lubię wodolejstwa. Wolę konkret. W Lalce nie cierpiałam Pamiętnika starego subiekta, a u Kosika przydługich dysput technologicznych. Czasem warto sobie darować i pomóc czytelnikom! 

Gdyby jakaś książka poczuła się urażona, to przepraszam, nie dyskryminuję żadnych bardziej puszystych tomów. Przepraszam za nazywanie Was grubasami. Ale może pora przejść na dietę? 

Choć starałam się nie być nadęta i nie wszystko w tym poście było na sto procent poważne, to rzeczywiście prawdą jest, że wolę niegrube książki. I nie czuję się przez to mniej wartościowym książkoholikiem czy głupszym człowiekiem, co boi się "ambitniejszej" literatury. Tłumaczę, bo choć wierzę w swoich czytelników, to stereotyp wielkiej książki = mądrej książki tkwi w wielu. A mały tomik może swoim niedopowiedzeniem zdziałać w mózgu dużo więcej, niż gruby przegadany tom, w którym autor boleśnie długo tłumaczy i opowiada nam wszystko... A więc jeszcze punkt 11 - Niedopowiedzenia. WIELBIĘ. 

Co o tym sądzicie? Jakie książki lubicie czytać najbardziej? Co z seriami? Jakie są Wasze ulubione cienkie pozycje, które moglibyście polecić? 

PS. Raptory ze zdjęcia to komiks Dema, twórcy najlepszej rzeczy w internecie - czyli Kucy z Bronksu. Ktoś ogląda?
PS2. Przepraszam za to, że tekst o krótkich książkach jest tak długi i się tak ciągnie nawet w postscriptum... Macie kuce na koniec. Bo książki nieraz są przyczynkiem do afirmacji życia! O. Ludowa mądrość. 

Copyright © Ballady bezludne , Blogger