12 września

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

To jest wpis dla tych wszystkich, którzy choćby raz głęboko nie zgodzili się z jakąś treścią w książce czy filmie, reagując na nią wykrzywieniem twarzy. I tych, którzy uważają się za obiektywnych i stojących ponad własnymi przekonaniami. I dla osób, które czasem obawiają się, że dzieła kultury są w stanie ludzi w jakiś sposób "psuć", "deprawować", uczyć niewłaściwych postaw i wartości. I między innymi dla chrześcijan zastanawiających się może niekiedy, jak reagować na treści niezgodne z naszą wiarą - a więc czy walory artystyczne (bądź tylko rozrywkowe) dzieła są ważniejsze od morału i przesłania, jakie ze sobą niesie. 

Powinniśmy tego Harry'ego umieścić w dziale ksiąg zakazanych? Katolik czyta tylko KKK i biografie papieży? Czy są książki moralnie dobre i złe? Odcinać się w kontakcie z kulturą od naszych przekonać czy się oburzać za każdym razem, gdy kolejna zakonnica w filmie jest wredną, pomarszczoną okrutnicą? Można bezwstydnie patrzeć na co gorętsze sceny łóżkowe na ekranie czy raczej potulnie odwracać wzrok? Jest lista książek, która nie może mi się podobać, bo autorzy byli zagorzałymi ateistami i prowokatorami? Czy każdy utwór to nośnik idei, czasem "niebezpiecznej" bądź "nieodpowiedniej"? Artysta musi zabierać głos, wciskać wszędzie swoje przekonania, czy nie?

Pogadajmy o tym. 

Dawno, dawno temu, w latach marzenkowego dziecięctwa literackiego, mierzwiły mnie w czytanych książkach i oglądanych filmach wszelkie treści "nacechowane wywrotowo". Daję konkrety. Przedstawianie młodocianych rewolucjonistów, którzy mordują w ramach zemsty, jako bohaterów pozytywnych. Popieranie eutanazji, ponoć jedynej słusznej drogi w cierpieniu. Porzucanie żon i mężów dla innej miłostki i mówienie, że podążanie za takimi "czuciami" jest zawsze słuszne i godne pochwały. Nie chcę wdawać się tu w dyskusje etyczne, bo nie o to chodzi. Mówię tylko, że mnie przy odbiorze takich tekstów robiło się źle i przykro. Nawet kiedy taki tekst mi się ogólnie podobał, ale pojawiały się w nim niezgodne z moim światopoglądem i moją wiarą treści, nie potrafiłam myśleć o nim jako wartościowym i dobrym, na ogół go skreślałam. 

Nie łudźmy się jednak, że sztuka zgodna z moralnością chrześcijańską jest nurtem we współczesnym świecie wiodącym. Zagłębiając się w literaturę i film, chcąc nie chcąc, poznawałam różne spojrzenia, idee, postawy i przekonania. Obok utworów stosunkowo neutralnych (bądź nienachalnych) światopoglądowo, istnieje wiele takich, z których treścią moralno-etyczną po prostu się nie zgadzam. I co teraz? Mam zamknąć się w swojej bańce, poznawać takie dzieła, które będą utwierdzać mnie w moich poglądach i odrzucać wszystko, co mogłoby mnie "podrażnić"? W których wszyscy bohaterowie są szlachetni i dobro zawsze zwycięża? No nie. 

Jestem przekonana, że postawa "poznaję tylko to, z czym się zgadzam" jest wręcz szkodliwa. Wiecie dlaczego? Bo uczy pogardy. Skoro wszyscy, których czytam i oglądam, myślą jak ja, to "ci inni" mówiący inaczej, gadają bzdury i nie warto im poświęcać uwagi. Wierzę, że budując własny system wartości (używając utartego sformułowania), powinniśmy przyjmować różne punkty widzenia, by później świadomie wybierać to, co dobre, równocześnie rozumiejąc, że można myśleć inaczej (wierzę też, że można się mylić. I że są ludzie, którzy się mylą. Sama na pewno w wielu kwestiach się mylę. Cytując Miłosza, „istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych twierdzeń jedno jest prawdziwe”. Myślę, że kwestii etycznych to również dotyczy, a więc nie wszyscy mają rację, ale nie zagłębiajmy się w to. Grono mędrszych ode mnie filozofów o tym rozmyślało). 

Z wiekiem polubiłam polemizować w swojej głowie z autorami. Uczucie rozdrażnienia staje obok i tylko z rzadka przyłącza się do tych dyskusji. Lubię, gdy autor mąci mi mózg, a ja staram się w obliczu przedstawionej mi przez niego treści, postawić własne wnioski, stworzyć swoje stanowisko. Są też takie momenty, kiedy godzę się z tym, że nie mam zdania (myślę, że to całkiem zdrowo czasem po prostu nie mieć zdania. I milczeć). Staram się nie denerwować się i nie zaniżać swoich ocen przez niezgodność poglądów. Jasne, że nie zawsze jest to proste. 

Wracając do clou moich rozważań, bo rozmyły się nieco przez tę moralizatorską i chyba nieco niepotrzebną gadkę... Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Wszystko. Kochani chrześcijanie, mamy mózgi. Czytajmy Biblię i Harry'ego Pottera. To, że coś przeczytam, nie znaczy, że wezmę to za pewnik i świętość. Wierzę w Ewangelię i potrafię zauważyć negatywne wzorce płynące choćby z tego Harry'ego. I to, że one tam są, nie znaczy, że mamy te książki spalić. Mamy mózgi. Mamy sumienia. Korzystajmy z nich, a nie zakazujmy (bo to nie działa). Jak jednak pisze św. Paweł (u mnie Biblia Pierwszego Kościoła): 

„Wszystko mi wolno” - ale nie wszystko jest stosowne. „Wszystko mi wolno” - lecz ja nie dam się zniewolić przez cokolwiek.

Czy są książki i filmy, które mogą nam zaszkodzić, "zniewolić" nas? O sztuce moralnie "dobrej" i "złej" również wielu filozofów i pisarzy rozprawiało. Jedni mówili: są lektury szkodliwe, których czytać się nie powinno. I nie mówili tego bezpodstawnie, żeby tylko przytoczyć wpływ Cierpień młodego Wertera na niemieckich preromantyków, popełniających samobójstwa jak ich bohater-idol. Wokulskiemu też na dobre nie wyszło wczytywanie się w romantyków, tworzących wyidealizowany, święty obraz kobiet do uwielbiania i adorowania. Nam też pewnie wiele treści z filmów i książek podświadomie umościło się w umysłach. To jednak, że istnieje jakieś niebezpieczeństwo wchłonięcia negatywnych postaw ze sztuki, nie powinno nas ograniczać w doborze lektur i filmów. Równie dobrze, aby być w pełni "bezpiecznymi", powinniśmy odciąć się od świata zewnętrznego, internetu i telewizji. Zakazy i cenzura w niczym nie pomogą. Bo kto miałby być cenzorem? Kto jest najbardziej "prawomyślny"? I ponownie - czemu mielibyśmy tworzyć wokół siebie informacyjną bańkę, do której docierają tylko treści zgodne z naszymi poglądami? 

Wzywam do namysłu. Oglądamy - rozmyślamy. Czytamy - zastanawiamy się. Mamy wątpliwości - pytamy. Jako chrześcijanie w razie moralnych wątpliwości możemy sięgnąć po Pismo Święte, KKK czy podyskutować z kimś, kogo uważamy za autorytet (byle nie przyjmować niczego na ślepo!). Bo w zetknięciu z popkulturą może rodzić się w nas zagubienie. Jeden mówi tak, drugi tak, oboje wydają się rozsądni... Co myśleć? Czemu wierzyć? Jak reagować? Czasem wystarcza "nie wiem". A czasem potrzeba czasu, by jakieś treści ułożyły się w głowie. 

Co do tematu "nieskromnych" obrazów... Nic co ludzkie, nie jest mi obce. Ludzie uprawiają seks. Nie widzę w tym powodu do zawstydzenia. Jedna scena łóżkowa na filmie, w dodatku taka, na której nic nie widać, nie sprawi, że staniemy się rozpustnikami, gwałcicielami czy kim tam jeszcze. Naprawdę nie trzeba odwracać wzroku. Ani pomijać stron w książce. Takie życie. (Oczywiście to nie dotyczy pornografii i literatury erotycznej. Jeśli miałabym jednak wskazać treści, które rzeczywiście warto pomijać - to te. Rozumiem sięgnąć sobie z ciekawości po Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ale chyba nie muszę tłumaczyć, że sięganie po takie treści po to, żeby zapewnić sobie podniet i emocji, często masowo, nie jest już czymś, co uważam za dobre. Z punktu widzenia chrześcijanki i osoby, która słyszała o koszmarze osób uzależnionych od masturbacji. Mówię o tym w nawiasie, bo o tym też nie chciałabym dyskutować. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób się tutaj ze mną nie zgadza). 

Czy może mi się w końcu podobać coś, z czym się nie zgadzam? Albo autorstwa osoby, która ma inne poglądy, na przykład bardziej ode mnie lewicujące? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza, jeśli są to autorzy inteligentni i wrażliwi, nie rzucający w czytelnika (czy widza) ideologiczną sieczką (bo to nigdy nie jest fajne, po żadnej ze stron, nawet jeśli ktoś ma dobre intencje. Spróbujcie sobie obejrzeć jakiś kiczowaty film chrześcijański, np. Cuda z nieba). Wspaniałe Ursula Le Guin czy Olga Tokarczuk, które przepięknie potrafią wplatać w prozę swoje myśli i fascynacje, a z którymi zapewne nie we wszystkim się zgadzam, choć szanuję. Genialna Lolita, której zarzucano propagowanie pedofilii i która szokująco przedstawia świat oczami obrzydliwego człowieka, ale jest przy tym pięknie napisana. Ciemności kryją ziemię Andrzejewskiego - wstrząsająca lektura w negatywnym świetle ukazująca Kościół i duchownych w czasach hiszpańskiej inkwizycji, ale dogłębnie poruszająca (przy okazji bardzo bardzo polecam też Bramy raju). Pożegnanie jesieni Witkacego, gdzie panuje ogólne rozwiązanie obyczajów i zasada "rób, co chcesz", ale przy tym książka, która zachwyca absurdem, świeżością i kreacją bohaterów. Szalenie piękne Słońce życia, choć kobiety są tu potraktowane dość przedmiotowo. Z filmów czy seriali - wszystko o "dobrych" złodziejach, którym życzy się udanego napadu i świetnie się przy tym bawi. Długo mogłabym tak wymieniać. 

Jedyne, na co się w filmach i książkach denerwuję, to właśnie wciskanie mi na siłę własnych poglądów. To nie jest tak, że artysta MUSI koniecznie wyrazić w dziele wszystkie swoje myśli, zwłaszcza, jeśli są kontrowersyjne albo czuje konieczność "uświadamiania" ludzi. Takich dziełek często się nie da przetrawić. Nie cierpię, naprawdę nie cierpię moralizowania, łopatologicznych przemów i traktowanie odbiorcy jak idioty, któremu trzeba do głowy wbijać na siłę jakieś treści. Pozwólmy innym myśleć. I nie obrażajmy "tych drugich", nie zniechęcajmy do nich publiki. Tworzenie kolejnej postaci chytrego księdza, surowej zakonnicy, naiwnego katolika bojącego się piekła, ale także wrednej, brzydkiej feministki czy tchórzliwego Żyda zdrajcy - być może nie jest w porządku. Jak pisać - to wrażliwie. Jak filmować - to z empatią. Jak najmniej uprzedzeń i stereotypów. Można odrzucać jakiś pogląd czy zachowanie, ale nie warto pogardzać człowiekiem. Taka łzawa odezwa na koniec. 

Podsumowując: katolik i każdy inny człowiek może oglądać i czytać, co mu się podoba, ale warto pewne treści analizować. I zadawać sobie pytanie: po co? Bo wszystko wolno, ale nie wszystko warto. Na przykład warto poznawać inne punkty widzenia. Ale może nie warto maniakalnie oglądać niektóre uwłaczające kobiecej godności romanse czy krwawe filmy akcji typu Rambo (aby nie utrwalać w sobie krzywdzących stereotypów). Do osobistego rozeznania, bo nikt Ci nie powie, co trzeba czytać i oglądać, a co Ci zaszkodzi. Nie ma też co linczować dzieła, z którym nie zgadzamy się ideowo - chyba że próbuje agresywnie i stereotypowo przekazać nam pewne treści albo jest po prostu słabe artystycznie (bo jak ładnie Oskar Wilde napisał: „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle” - można polemizować, ale coś w tym jest. To odbiorca piętnuje tekst jako odpowiedni lub nie. Sam tekst jest tylko nośnikiem treści, historii, sam w sobie nie szkodzi. Dopiero jego oddziaływanie może być pozytywne lub negatywne, w zależności od tego, na jaki grunt padnie). 

Cały post odnosi się oczywiście do osób dorosłych - dzieci i młodzież, jako jednostki dopiero kształtujące się i chłonące wszelkie treści (często jako obiektywne, bezdyskusyjne prawdy), nie mogą oglądać i czytać, co im się podoba. A przynajmniej nie powinny. 

17 sierpnia

Średni współczynnik szczęścia Machado - historia życiowej porażki czy nadziei?

<i>Średni współczynnik szczęścia</i> Machado - historia życiowej porażki czy nadziei?

Gdy myślę o literaturze portugalskiej, to... Hm. Nie myślę o literaturze portugalskiej. Żadnych skojarzeń, przykładów, znanych autorów. Nic. Fio. Pustka. Nasze zainteresowanie kieruje się raczej nieco na wschód od Portugalii, do Hiszpanii, gdzie waleczny Don Kichot zmierza się z wiatrakami, a bohaterowie Zafóna z mrokami przeszłości. Albo jeszcze dalej, do Włoch (przecież te trzy języki i kultury to jeden czort!) i Dantego, Tassa czy Umberto Eco. Não importa. Z ciekawości przejrzałam na Wikipedii hasło Literatura portugalska i żadne nazwisko nie wydało mi się znajome. Ani jedno. Zero. Dlaczego tak jest, zostawiam do osobistego rozważenia. Tymczasem dziś będę mówić o portugalskiej powieści, którą przeczytałam po polsku, bo jak się okazuje, portugalskie książki są jednak u nas tłumaczone i wydawane. Tylko jest o nich niepokojąco niegłośno. 

Średni współczynnik szczęścia (czy też jak dumnie głosi okładka, co bardzo szanuję, Índice Médio de Felicidade) ukazał się u nas dzięki wydawnictwu Wyszukanemu. I już na początku zapowiada się nieźle: Nagroda Literacka Unii Europejskiej 2015, ekranizacja z 2017 (ale nie ma co liczyć na polskie napisy, a co dopiero lektora. Szkoda, szkoda)... Co jest w tej książce wyjątkowego? A może raczej - CZY jest w tej książce coś wyjątkowego? 

Gdy poznajemy Daniela, nie mamy mu za bardzo czego zazdrościć. Mieszka sam w oddaleniu o setki kilometrów od żony i dzieci, handluje odkurzaczami jako domokrążca, jego przyjaciel trafił do więzienia, a drugi od lat nie wychodzi z domu, poza tym zainwestował mnóstwo pieniędzy w projekt, który nie wypalił - stronę internetową mającą zrzeszać chcące sobie pomagać osoby. Mimo to Daniel daje sobie 8/10 punktów zadowolenia z życia, wierzy w Plan, że życie mu się ułoży. I choć z czasem sprawy idą coraz gorzej, on nadal nie traci nadziei, wręcz uparciej wierzy w przyszłe szczęście, które zdobędzie ciężką pracą: 

To jest ważne - wierzyłem w możliwość naprawienia wszystkiego, ponownego uchwycenia okruchów życia, które się oderwały, dopasowania ich lepiej do swojego ciała. I nie byłem zły. [s. 15]

Początek był dla mnie przykry. Narracja skargi, z którą Daniel zwraca się do Almodôvara (a raczej jego wyobrażenia), następujące po sobie nieszczęścia, zadziwiająca podłość nastoletnich chłopaków wobec bezdomnego, ci wszyscy biedni, pozamykani w sobie ludzie, którym praca i chęci odbijają się czkawką... Można się dobić, a ja (o czym już na Balladach wielokrotnie mówiłam) średnio lubię, gdy książka czy film epatują taką krzywdą, nieszczęściem, kształtują bohaterów-ofiary i każą nam im współczuć. Przykre wrażenie jednak szybko się ulotniło. 

Średni współczynnik szczęścia tylko z początku zdaje się wychodzić z takim przekonaniem, że życie jest złe i niesprawiedliwe. W rzeczywistości przekaz tej książki jest pogodny i pełen nadziei, a równocześnie nieprzesłodzony, nieoszukany. To także dość przewrotna historia. Danielowi przydarza się coś złego zawsze wtedy, gdy komuś pomaga. Przez syna swojego przyjaciela traci pracę, samochód, a nawet możliwość spotkania z rodziną. Ciągle musi dokonywać wyborów pomiędzy swoimi celami i pragnieniami, a potrzebami drugiego człowieka. Stacza się, jak można by pomyśleć, bo mimo wszystko jest dobrym człowiekiem. Ale to tylko złudzenie - czy nie więcej by stracił, pozostając biernym? Jako czytelniczka współcierpiąca z biednym Danielem, chciałam mu powiedzieć, żeby odpuścił sobie to cierpiętnictwo i zatroszczył się o siebie, o rodzinę, pracę, swój Plan. Może nawet trochę zawstydził mnie tym swoim stalowym kręgosłupem, zwłaszcza w chwili, kiedy próbuje dopasować Plan do nowej sytuacji: 

To był dobry Plan. Sprawiedliwy. To było możliwe życie. Spróbowałem jednak wszystko przepisać, przysposobić moją ideę przyszłości do nowych ograniczeń rzeczywistości. Rozpatrzyłem możliwości. Wymazać małżeństwo. Wymazać jedno dziecko. (...) Jakakolwiek praca zamiast pracy konkretnej. Jakiekolwiek życie zamiast prawdziwego życia. Żadna wersja nie wydawała mi się lepsza niż pierwsza. Każdy kompromis wydawał się błędny. (...) Jedyne, co mogłem zrobić, to walczyć. [s. 62]

To nie jest tak, że Daniel wszystkie przeciwności bez mrugnięcia przyjmuje na klatę, jak rycerz w złotej zbroi, i jest w tym niezłomny, niepokonany. Ten gość ciągle narzeka, rzuca oskarżenia, wątpi, próbuje robić uniki. Tym, co jest w nim urzekające, to uparty czyn, niezgoda na bierność: 

Kiedy rezygnacja stała się akceptowalna? (...) Problemem nie jest to, że każdy poszedł w swoją stronę Problemem jest to, że ogromna rzesza ludzi już nawet nie walczy [s. 158]

Daniel popełnia błędy, naraża się i często jego działania były dla mnie niezrozumiałe. Nie mogłam pojąć, dlaczego zgodził się, by jego rodzina mieszkała tak daleko od niego. Dlaczego nie przyniósł się do innego miasta razem z nimi. Czemu tak bardzo chciał pracować w zawodzie i nie mógł zgodzić się na kompromisy. Czemu, gdy stracił mieszkanie, nie poprosił nikogo o pomoc. To było frustrujące, działało na emocje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści są w jakiś sposób zranieni. Nie mamy tu podziału na złych i dobrych, szczęśliwych i nieszczęśliwych. Raczej na zadowolonych i niezadowolonych. Machado prezentuje nam róże postawy wobec przeciwności losu. Jest zagubiony, tchórzliwy Vasco. Bojący się świata, choć idealistyczny Xavier. Flor szukająca w gazetach całego zła. Pewna staruszka ze Szwajcarii, pełna pogody pomimo samotności i wypadku brata. W końcu Daniel, który choć obiektywnie rzecz biorąc, znajduje się w czarnej dziurze, ocenia swoje szczęścia na 8, a nawet 8,9. Wszyscy na swój sposób szukają szczęścia, ale nie wszyscy potrafią być zadowoleni z miejsca, w którym są tu i teraz:

(...) nie powinniśmy potrzebować złych dni, żeby cenić dni dobre, ta radość powinna zawsze istnieć, nie tylko w chwilach ulgi. Jednak jesteśmy skazani na tę obsesję zmieniania wszystkiego. Tu i teraz nigdy nie są odpowiednie, prowadzimy nieustającą walkę, niemożliwą do rozstrzygnięcia, bo nie akceptujemy mniej, bo zawsze chcemy więcej. [s. 311]

Narracja momentami jest nieco łopatologiczna, a wywody Daniela zbyt oczywiste, na zasadzie rzucania złotymi myślami - to do poprawy. Jednak samo przesłanie powieści jest ważne, mądre i wcale niebajkowe. Nie spodziewajmy się zakończenia w stylu: żyli długo i szczęśliwe. Albo: dobry uczynek zawsze do ciebie wróci. Raczej: warto być dla człowieka człowiekiem, nawet jeśli świat (lub nawet inny człowiek) jest ci wilkiem. Myślę, że to bardzo trudna myśl. 

Średni współczynnik szczęścia Davida Machado, tłum. Wojciech Charchalis, Wydawnictwo Wyszukane, Warszawa 2020.

04 sierpnia

Podsumowanie lipca: minirecenzje #2, góry, weltschmerz, design i więcej niszy

Podsumowanie lipca: minirecenzje #2, góry, weltschmerz, design i więcej niszy

Nie wkręcając się za bardzo w moje życie osobiste, mogę zdradzić Wam, że się dziwnie działo w lipcu (jeśli chcecie pominąć prywatę, zapraszam od razu do akapitu nr 2). Przez zabieganie, po rozpacz, spokój ducha i niepokój, samotność, tłum, rozradowanie i nowe zajawki, szukanie czegoś do roboty, odnawianie kontaktów i relaks. Wzięłam się za reorganizację pokoju, jeździłam na rowerze, ucząc się bycia samej, zacieśniałam więzy ze współstudentkami, planowałam nowe wyjazdy i łaziłam po beskidzkich chaszczach, czasem poza szlakami. Instagramowałam się, robiłam zdjęcia, czytałam dobre książki. Ograniczyłam filmy i seriale, z czego jestem dumna. Szukałam pracy, ale zbyt leniwie, żeby coś znaleźć. Może zbyt często zostawałam sam na sam z myślami. Było w tym miesiącu coś dla mnie bardzo odkrywczego - i nawet z takich małych, codziennych boleści wyciągnęłam, mam nadzieję, coś dobrego. Wolałabym jednak już przez ten huragan drugi raz nie przechodzić. 


Na blogu zadziało się właściwie niewiele: recenzja Włoskich szpilek, kolejny post o niszowych wydawnictwach oraz krótki tekst o tym, że cienkie książki są lepsze. Więcej dzieje się na Balladowym Instagramie i tam bardzo serdecznie Was zapraszam! Bardzo czuję tę formę, lepiej niż tę fanpagową, gdzie dużo to mnie nie ma... Więc wbijajcie na Instagrama! Tam na bieżąco piszę o swoich lekturowych wrażeniach. I jest tam też mój kot. Trochę roślin. Dziwne historie. Refleksje. Ale przede wszystkim książki! 

W lipcu szłam na swoje ilościowe książkowe rekordy, ale głównie dlatego, że miałam sporo czasu i sięgałam głównie po naprawdę malutkie pozycje, takie do 250 stron. Ale jakie! ♥ Wiele inspirujących książek, wiele przemyśleń na temat tego, jaka powinna być literatura. Jako że na blogu nie popisałam się ilością recenzji, choć o każdej przeczytanej w lipcu książce mogłabym napisać sporawego posta, dziś zapraszam Was do minirecenzji! Oto one! 9 KSIĄŻEK! Zwróćcie uwagę, ilu wśród nich jest polskich autorów. Poza tym nie przeczytałam w lipcu żadnej słabej książki! 


Nie zdążę Olgi Gitkiewicz
Mój chyba pierwszy przeczytany w życiu reportaż i pierwsza książka wydawnictwa Dowody na Istnienie (znów odsyłam do posta o niszowych wydawnictwach!). O komunikacji w Polsce. Z początku inspirująco i choć prosto, to odkrywczo: o tym, że pieszemu w życiu trudno, bo nikt go na tych pasach nie szanuje. Że rowerzystów się nie lubi, choć to im jest tak naprawdę źle, jak świśnie im koło ucha rozpędzona ciężarówka. Że mamy u nas do czynienia z "przymusem" posiadania auta, nawet jeśli mieszkamy w dużym mieście, gdzie wszędzie dałoby się dojechać autobusem. W końcu o wykluczeniu komunikacyjnym i miejscach, gdzie dawno pociągu czy busa nie widziano. Lekkie pióro, krótkie, wciągające rozdziały, ciekawa forma. Wszystko psuje się, gdy autorka zaczyna opowiadać o kolei - przywiewa nudą. Mimo to polecam! 

Opowiadania bizarne Olgi Tokarczuk 
Tak bardzo miłość! ♥ Po Biegunach i Podróży ludzi księgi - zupełnie nowa odsłona naszej noblistki. Zakochałam się w tych dziwacznych, zupełnie różnych od siebie historiach. Cofamy się w przeszłość, żyjemy teraźniejszością, wybiegamy w przyszłość. Poznajemy nowe rzeczywistości. Zielone dzieci żywiące się słońcem za czasów Jana Kazimierza. Człowiek, któremu pomoc odbiła się czkawką, choć ponoć był szychą. Mieszkające razem kobiety, którym nie wolno patrzeć sobie w oczy. Ktoś, kto widział skarpetki ze szwem idącym przez środek i okrągłe znaczki pocztowe. Niezniszczalne (?) ciało Monodikosa. Zmumifikowani święci. Moje ukochane opowiadanie - o synu, który po śmierci matki karmił się zostawionymi przez nią przetworami. I inni. Opowiadania bizarne (czyli dziwne, niezwykłe, śmieszne) działają na wyobraźnię, poruszają myśli. Przebiły w moich oczach i gustach Biegunów. I mam ochotę na więcej. 
Pan M. nie ma skłonności do górnolotnych określeń, zawsze zajmował się maszynami, jego umysł jest precyzyjny i pragmatyczny, dlatego nie używa słowa „szczęście”, ale raczej „satysfakcja”. [s. 109]
Rejwach Mikołaja Grynberga 
Moja druga (po Włoskich szpilkach) Nisza (znów odsyłam do posta o niszowych wydawnictwach!). Krótkie literackie wypowiedzi innych (fikcyjnych, prawdziwych?) o tym, jak widzą, odczuwają i przeżywają sytuację Żydów w Polsce. Obraz przez nie kreowany nie napawa optymistycznie. Czy naprawdę lepiej/łatwiej/dumniej jest nie być Żydem? Albo kryć się z tym? Co w ogóle oznacza "być Żydem"? I czemu to określenie tak bardzo piętnuje? Na te pytania nie znajdujemy u Grynberga odpowiedzi. Pisarz tyka kijem obszary, nie wiadomo dlaczego, wrażliwe. Robi to ustami swoich rozmówców, realnych czy też wyimaginowanych. Jak by nie było, brzmi to dość poważnie i niestety prawdziwie. Poza tym genialna proza! 
Są mili albo antypatyczni i wymagający. Bezkompromisowi i wrogo nastawieni bądź otwarci i współpracujący. Różni. Jak to ludzie. Jak to Żydzi. [s. 119]
Kobiety bez mężczyzn Shahrnush Parsipur
Książka irańskiej pisarki, w której to wyjątkowo mężczyźni pełnią role drugoplanowe. Realizm magiczny o kobietach postanawiające żyć same z sobą w jednym ogrodzie. Każda ma swoje, często traumatyczne, przeżycia z mężczyznami i pragnie spróbować żyć bez nich. Czy jednak im się to uda? Książka jest krótka, dziwna i wcale nie kreuje silnych, niezależnych postaci kobiecych. To niewiasty zagubione, niepewne i niedoskonałe. Polecam ciekawskim - dobra powieść, choć mnie z nóg nie powaliła (więcej o tej i innych książkach piszę na SWOIM INSTAGRAMIE, gdzie znowu GORĄCO WAS ZAPRASZAM, wcale nienachalna reklama). 


Grunt pod nogami ks. Jana Kaczkowskiego
Ks. Kaczkowski to niedawno zmarły na glejaka mózgu założyciel puckiego hospicjum, a ta książka to zbiór jego kazań i rekolekcji z czasu, kiedy wiedział, że nie zostało mu więcej niż kilka miesięcy życia. Choć z pozoru brzmi to smutno, dobijająco a może i niesprawiedliwie, lektura tchnie optymizmem, radością i wewnętrznym pokojem. Pokazuje, że nie o to chodzi, aby na Boga za chorobę się obrażać, że taka jest kolej życia. Że nie o to chodzi, aby całe życie z udręczeniem czekać na cud albo robić z siebie ofiarę i cierpiętnika. Kaczkowski pokazuje, jak ważne są szczere, piękne relacje z ludźmi i z Bogiem i jak wspaniałe potrafi być życie, jeśli nie tracimy dni na użalaniu się nad sobą. Nie jest to może lektura porywająca albo obowiązkowa dla każdego katolika. Proste prawdy, nieco inspiracji i motywacja do życia w radości i pokoju - niezależnie od sytuacji zewnętrznej. 

Szczeliny istnienia Jolanty Brach-Czainy
Esej filozoficzny z lat 60., w którym egzystencjalny konkret jest przyczynkiem do mówienia o życiu, sensie, dobru i złu. Wiele rzeczy, o których pisze autorka, mnie zainspirowało, zastanowiło, wprawiło w stan zadumania. Nie mogę jednak powiedzieć, że ze wszystkim bym się zgodziła - nie wiem, czy wynika to z niezrozumienia pewnych pojęć (choć Brach-Czaina pisze bardzo prosto) czy myśli. Szczególnie trudno zgodzić mi się z refleksjami w rozdziale Święte zło, gdzie autorka w jakiś sposób utożsamia zło z cierpieniem, a  dobro z przyjemnością i wręcz nie chce żadnemu z tych pojęć przyznać wartości negatywnej... W moim odczuciu już założenie jest błędne i dalej, na pewno też jako chrześcijance (zresztą - na tym tle widzę też niepełne zrozumienie wiary przez autorkę, choćby gdy pisze o grzechu jako buncie albo religii jako konstrukcie cenzurującym pewne doświadczenia, bez podania, a szkoda, jakiegoś przykładu), trudno było mi nie kręcić nosem. Ale nie o to chodzi, abyśmy się z każdą książką zgadzali - cieszę się, że w swoim umyśle mogłam wejść z autorką w dialog. Zdecydowanie bardziej lubiłam te fragmenty, w których refleksje autorki kręciły się wokół wiśni, porodu i ścierki, niż pojęć "większych", "wznioślejszych", gdzie łatwiej o puste hasła.
(...) nie można godzić się na rolę nieświadomego wyrobnika czynności egzystencjalnych. I w obronie własnej trzeba ścigać sens codzienności, jak przestępcę, który czyha w ukryciu. [s.79]
Copyfighter Łukasza Krakowiaka 
To zdecydowanie najbardziej wciągająca książka zeszłego miesiąca! Lekko i śmiało mówi o tym, jak powstaje reklama, w jakim środowisku, w jakiej atmosferze. Główny bohater i narrator jest copywriterem (podobnie zresztą jak przez wiele lat był nim Krakowiak), który próbuje się przebić, znaleźć sobie miejsce w branży. Z czasem robi się coraz dziwniej. Za żadne skarby nie czytajcie opisu na okładce, bo za dużo zdradza! 

Elizje Elizy Kąckiej 
Po Opowiadaniach bizarnych moje największe odkrycie zeszłego miesiąca. ♥ Króciuteńki zbiorek bajek-niebajek, w których królewny rozprawiają się z... językiem. To taka książka, którą chciałabym mieć na półce, by ciągle do niej wracać, odkrywać na nowo, obserwować kolejne niuanse i smaczki. Przepięknie wydana, dziwna, wspaniała - polecam fanom wszelkich literackich eksperymentów! 


Jak tam Wasz lipiec? Znacie któreś z przeczytanych przeze mnie książki? Macie coś do polecenia? 

26 lipca

Wydawnictwa niszowe #2 A może nie takie niszowe?

Wydawnictwa niszowe #2 A może nie takie niszowe?

Dziś ciąg dalszy podróży po niszowych wydawnictwach! W ramach wyjaśnienia, co rozumiemy (ja i słownik) przez słowo "niszowy", zapraszam do pierwszej części moich poleceń. W ramach skrótu przypominam, że nie jest to określenie pejoratywne, oznaczające 'coś mniej znaczącego' albo 'gorszego sortu'. Nie, nie, nie! Niszowy znaczy tyle, co nie podążający głównym traktem, to taki, który wypełnia rynkową NISZĘ, zapotrzebowanie na coś innego, może mniej popularnego czy wiodącego. Niszowe wydawnictwa nie będą więc dostosowywać się do literackich trendów, ale tworzyć/wyszukiwać nowe. Czyż to nie wspaniałe? To takie wydawnictwa, które działają na mniejszą skalę niż Literackie czy Świat Książki, i z pewnością są mniej rozpoznawalne przez laików odwiedzających księgarnie raz na ruski rok, co nie znaczy, że nie odgrywają ważnej roli we współczesnej literaturze. Skoro to sobie wyjaśniliśmy - zaczynajmy! 

Wrocławskie wydawnictwo specjalizujące się w wydawaniu książek obrazkowych o charakterze artystycznym (tzw. picture books), które skierowane są do dzieci i dorosłych. Publikacje otrzymują liczne nagrody i jako odbiegające od masowych standardów, są chętnie wybierane przez kolekcjonerów. [Wikipedia]
Format to na pewno przystanek obowiązkowy dla osób zainteresowanych 1) ilustracją, 2) składem książki. Sama w domu mam, a raczej siostra ma, Księcia w cukierni i Miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwsza jest zilustrowana przez Joannę Concejo, podobnie jak Zagubiona dusza napisana przez Olgę Tokarczuk. Ciekawostka - jeśli kojarzycie nowe wydania Tokarczuk z Literackiego, za ich okładki również odpowiada Concejo (widocznie współpracują). Miłość... to z kolei wiersz Szymborskiej, po polsku i francusku, a zilustrowany przez Włoszkę. Jak widać wyżej, całą książkę (jak również inne z Formatu) można rozwinąć w formę takiej kilkumetrowej planszy. Rewelacyjnie to wygląda! 

Wydawnictwo Tajfuny przybliża literaturę Azji Wschodniej. Wyszukujemy dla Was najciekawsze tytuły: świeże głosy ze swoich lokalnych scen literackich, nieznane i zapomniane klasyki oraz kultowe pozycje, które nie dotarły do Polski. Wybieramy książki, które zachwycają nas swoim językiem i poruszają ważne dla nas tematy i wierzymy, że zarazimy tą pasją czytelników w Polsce. Dbamy o każdą naszą książkę – nad każdym tekstem pracujemy tak samo dokładnie, kolacjonując tłumaczenia i zapewniając czas na uważną redakcję. [tajfuny.pl] 
Tajfuny atakowały mnie zewsząd, gdy założyłam Instagrama, i prawdopodobnie wielu z Was kojarzy to wydawnictwo (i przy okazji księgarnię w Warszawie). Sama czytałam jedynie Ukochane równanie profesora i to był zachwyt! Nie mówię tylko o treści, ale również o wydaniu! Piękno, klasa, prostota, coś cudownego. Czaję się na Gorączkę złotych rybek - musicie przyznać, że ten grzbiet wygląda bajecznie. 

Dowody na Istnienie – to tytuł książki Hanny Krall. Reporterka nam go użyczyła, bo wierzymy, że każda książka non-fiction jest dowodem na istnienie. Człowieka, świata, a nawet Boga (jeśli ktoś chce). Dlatego wydajemy przede wszystkim książki reporterskie – polskie i zagraniczne. [dowody.com]
O Dowodach pewnie też wielu z Was słyszało. Ja zaczaiłam się na promocję i kupiłam reportaż: Nie zdążę, esej filozoficzny: Szczeliny istnienia oraz czeską powieść: Drobiazg. Dwie pierwsze książki przeczytałam, zrobiły na mnie dobre wrażenie. Po raz kolejny - przepiękne wydania! Nie ma Szczygła zostało nagrodzone Nike w 2019 i nie mogę sobie darować, że jej nie kupiłam (ale to naprawię). Polecam zapoznać się z Dowodami przede wszystkim osobom zainteresowanym literaturą non-fiction, choć jak widać znajdziemy tu również serię powieści czeskich. 

Nisza jest stołecznym wydawnictwem, istniejącym na rynku od 2004 roku. Redaktor naczelną jest jego założycielka, Krystyna Bratkowska, która w większości przypadków zajmuje się także korektą i tłumaczeniami. (...) Za oryginalne okładki odpowiada grafik Ryszard Kajzer, niekiedy Bogusław Bachorczyk. W ofercie Wydawnictwa Nisza sprzedawane są przede wszystkim pozycje z zakresu literatury pięknej oraz eseistyki, wypuszczane zazwyczaj w dosyć niskim nakładzie. [ksiazki.wp.pl]
Nisza jest wydawnictwem widmo - strona internetowa nie działa, więc by dowiedzieć się czegoś o ofercie, trzeba  przeszukiwać katalogi księgarni czy serwisów takich jak LC, ewentualnie starać się coś wyszukać na fanpage'u. Warto się jednak naszukać! Nisza to przede wszystkim "podwójnie piękna" literatura polska, z tych nagradzanych i chwalonych przez krytyków. Za mną Rejwach, Copyfighter i Włoskie szpilki - bez wyjątku rewelacyjne. Starannie dobrana i wydana literatura. 

To tyle na dziś, ale już poznaję kolejne niszowe wydawnictwa! Jeśli znacie ciekawe, małe oficyny wydawnicze - podzielcie się nimi. I dajcie znać, które z dzisiejszego zestawienia znacie. 

14 lipca

Przejmująca niesprawiedliwość. Kiepskie macierzyństwo. Włoskie szpilki Tulli

Przejmująca niesprawiedliwość. Kiepskie macierzyństwo. <i>Włoskie szpilki</i> Tulli

Wypożyczając Włoskie szpilki z biblioteki, nie wiedziałam nic ani o książce, ani jej autorce. Okładka mówi - nagrody, takie siakie, odważna proza, przetłumaczona na tyle języków... Zaczęłam czytać podekscytowana, z dobrą myślą. Pierwszy rozdział: no nieźle, znakomite pióro. Drugi rozdział - nie za smutno? Zmarszczone brwi. Zmarszczony nosek. Skrzywione usta. W końcu - totalne skupienie na słowach, zachwyt formą i emocje. Niesamowicie intensywna opowieść. O nieprzystawaniu i przewlekłym, nieuleczalnym skrzywdzeniu. 

Bezimienna bohaterka i narratorka jest córką Polki i Włocha. Jako dziewczynka jeździ(ła) do Mediolanu tylko w wakacje. Innym trudno pojąć, dlaczego mając przepustkę za żelazną kurtynę, nie wyjadą z Polski całą rodziną na stałe? Wojna. Komunizm. Teraźniejszość. To nie linearna historia, to sieć relacji, zdarzeń i wspomnień, przeszłość istniejąca w teraźniejszości, i chwila obecna sięgająca tego, co dawne. Postępowanie i cofanie się. Głównie cofanie. Los, który człowiekiem targa, który jest pustoszeniem, nie żadnym rozwojem. Matka i jej mgliste wspomnienia wojenne. Traumy, a raczej przykrości dzieciństwa. Wreszcie opieka nad znikającą pamięcią. 

Słowem, genialna wyobraźnia narracyjna. Znać mistrzynię prozy, sporo naprawdę ciekawych zabiegów fabularnych. Szanuję. Nie są to puste eksperymenty z formą, które niczemu nie służą, a jedynie w taki czy inny sposób szokują, łechtają spragnione czegoś nowego umysły literatów. Tulli waży słowa, buduje nimi emocje, pozwala się zadumać. Na pewno znacie to uczucie zamulenia, które przyczepia się do nas po lekturze niektórych książek - kiedy patrzy się pusto w przestrzeń i myśli. I nie są to w żadnym razie myśli skonkretyzowane, ułożone i oczywiste, raczej stan ogólnego, wrażeniowego zamyślenia. Tak czuję się po Włoskich szpilkach

To nie jest przyjemna lektura, choć też nie traumatyczna. We mnie zawsze niezgodę budzi przedstawienie życie ludzkiego jako pasma tragedii, bólu i rozczarowania, w którym inni są tymi złymi, obojętnymi, nie dającymi wsparcia - a taka jest książka Tulli. Na próżno szukać w niej "ludzi dobrej woli", radości, choćby krótkotrwałej, nadziei i pozytywnych aspektów. Smutek. Żałość. Szarość. Przez to już miałam zamiar porzucić lekturę w połowie - nie mam zamiaru bez celu się dołować. Na szczęście to tylko 143 strony, które minęły, zanim na serio zaczęłam myśleć o przerwaniu czytania. Najbardziej uderzyły mnie opisy dzieciństwa bohaterki. Nieobecnej matki, która jest przeciwko własnemu dziecku. Poczucia osamotnienia. Nieustających, małych przykrości powodujących ciągłą bezsenność:
Niezbyt dobrze wiedziała, kim jest i nie znała słów, którymi zdołałaby opisać swoje położenie. Bo przecież nie działa jej się żadna krzywda. Z przykrości znała tylko te drobne. Dużo drobnych przykrości. (...) Tkwiła w kłopotach, ale nie dramatycznych, raczej przewlekłych jak nieuleczalna choroba, do której trzeba się przyzwyczaić, bo nie ma innego wyjścia. [s. 114]
Mniej by bolały wielkie tragedie i dramatyzm jak w filmie. Bo na takie drobne nieprzyjemności - nie zawsze jest lekarstwo. Przynajmniej według Tulli. Jej historią, jej bohaterką rządzi krzywda. Jak już mówiłam - nie ma we mnie zgody na taką wizję świata, ale też nie o to chodzi w literaturze, żeby odwzorowywać rzeczywistość kropka w kropkę. Nie wiem, w jaki świat wierzy autorka i czy sama patrzy na niego tak szaro i przykro. I nie o to chodzi, żebym to roztrząsała i na zasadzie takich gdybań oceniała, czy książka jest wartościowa, czy nie. Wiem, że przez tę może hiperbolizację smutku mnie poruszyła, skłoniła do myślenia o ludziach marginesu. Tych zawsze siedzących samotnie na korytarzach, z którymi nie chcemy się zadawać, bo są jacyś dziwni. Pokazała mi własną skłonność do izolowania się od Innego, nieprzystającego do mojego życia. Krzywdę, jaką wyrządzić mogą małe złośliwości i niecierpliwość. Oczekiwanie od dziecka przekraczania własnych granic - których nie umie pokonać, nie ze złośliwości czy lenistwa, po prostu z niemocy: 
Po tej lekcji wiedziałam już na pewno, że kształt kółeczek i laseczek nie zależy od mojej dobrej woli. I w zimnym błysku jasności zgadłam, że odtąd już zawsze będę odpowiadać za rzeczy, na które nie mam wpływu. Z dnia na dzień stałam się kimś, kogo wcześniej nie było. Kimś z kreską przy nazwisku. [s. 84]
Tematy nauczania i sposobu traktowania młodych ludzi są mi bliskie, bo prawdopodobnie sama w przyszłości będę nauczycielką - i nie chciałabym niechcący zostać niczym katem. A niestety nasz system szkolnictwa zdaje się nieraz popierać wykluczenia, ocenianie przez pryzmat zdolności, postępów, umiejętności. Może czasem warto spojrzeć na człowieka i zauważyć jego ludzką niemoc. I zamiast ją karać, to starać się zrozumieć i nie naciskać. To właśnie robi Tulli. Wzbudza w nas współczucie i niezgodę na osamotnienie. 

Niezwykle intrygującą postacią jest matka bohaterki. Niewiele się o niej dowiadujemy. A to, co widzimy, nie nastraja optymistycznie. Oschłość. Powojenna trauma. Wewnętrzna pustka. Emocjonalny mur, który negatywnie wpływa na jej córkę, pozostającą bez wsparcia nawet najbliższej rodziny. Naprawdę bardzo to wszystko smutne i dołujące... Ten brak wiary w świat i przede wszystkim chęć zaistnienia w normalności "tych lepszych": 
(...) wykreśliłaby po kolei każdą swoją cechę, żeby zatrzeć ślady. Każdą swoją myśl zastąpiłaby przeciwmyślą, każde uczucie przeciwuczuciem. Całą treść swojego życia zastąpiłaby przeciwtreścią. Było to rozwiązanie lepsze do niewidzialności, lepsze od rozpłynięcia się w powietrzu. [s. 102]
To niesamowite, jak w trakcie czytania zmieniała się moja opinia o Włoskich szpilkach. Tak naprawdę czym dłużej o nich myślę i piszę, tym bardziej mi się podobają. Prostota, wyczucie, unikalny styl, brak banału, ukłucia smutku, które skłaniają do refleksji. Przepiękny przykład prozy emocjonalnej, ale nie sentymentalnej. Po prostu genialnie napisane. Na pewno jeszcze wrócę do tej autorki. 

Włoskie szpilki Magdaleny Tulli, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011.

12 lipca

Książki jednodniówki. 10 powodów, dla których wolę, gdy jest krótko i cienko

Książki jednodniówki. 10 powodów, dla których wolę, gdy jest krótko i cienko

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem (miałam jakieś trzynaście, czternaście lat) i wkręcałam się w internetową książkosferę, lubiłam podpisywać się pod różnymi czytelniczymi trendami. Tłumaczę na przykładach: 1. lepiej przeczytać książkę niż obejrzeć ekranizację, 2. najważniejsze, by wkręcić się w historię, 3. pisanie po książce i zaginanie stron to największe zło, 4. objętość książki to żaden problem, grubaski też są fajne, bo można dłużej pożyć z bohaterami. Przez te kilka lat zdążyłam w swoim życiu obalić wszystkie te "czytelnicze przykazania" (przy okazji zapraszam do posta, w którym trochę o tym mówię) i dojść do banalnego wniosku: czytaj se człowieku, jak ci się żywnie podoba. O! Ludowa mądrość. 

Ostatnio odkryłam w swym czytelniczym sercu pewną prawidłowość. Grube książki (powyżej 500 stron) czytam tygodniami, czasem miesiącami. Ciągną się i ciągną, męczą mnie strasznie, zdają się nie mieć końca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spodobał mi się taki grubasek na tyle, żebym jednym tchem przeczytała całość. Tak ostatnio zdzierałam oczy na Czarnych oceanach Dukaja, Innych światach (które porzuciłam po kilku opowiadaniach), wcześniej Narrenturm Sapkowskiego (choć było całkiem spoko, odsyłam do recenzji), Potopie Sienkiewicza... Za to książki niegrube, najlepiej takie do 200-250 stron, zwykle połykam momentalnie. Oczywiście nie jest to jakaś sztywna zasada, przecież wciągnęłam się jak nie wiem w całą trylogię Cixin Liu, a Zły Tyrmanda czy Lalka Prusa to jedne z moich ulubionych książek. Traktuję je jako wyjątki potwierdzające regułę. Dlaczego?

10 zalet krótkich książek
I to takich, które nie wchodzą w skład żadnych serii

    1. Oszczędzanie czasu
To dość oczywista cecha cienkich książek - czyta się je zdecydowanie krócej. Jest to wyjątkowo istotne, kiedy czytamy coś, co średnio nam leży, a jednak chcemy/musimy to przeczytać do końca. No wiecie - lektury, bestsellery, których jesteśmy ciekawi, klasyki, przymus społeczny (jak to nie czytałeś Harry'ego Pottera?! Jak można nie znać żadnego utworu Mickiewicza?!). Łatwiej przebrnąć przez Ucztę Platona (ok. 50-70 stron) niż całych Chłopów Reymonta (stron milion). Mówcie, co chcecie... Poza tym niegruba książka jest wybawieniem dla ludzi z przypadłością taką jak moja - bardzo trudno jest mi porzucić rozpoczętą lekturę. Pracuję nad tym, ale jednak nieskończone książki nie dają mi spokoju. Poza tym trzeba doczytać nawet kiepską książkę, żeby móc się na jej temat wypowiedzieć, skrytykować. A przecież o to tu teraz chodzi w blogoświatku. 

    2. Odkrywanie
Jeśli chcemy rozpocząć swoją czytelniczą przygodę z jakimś autorem/krajem/gatunkiem/ nurtem, rzadko kiedy od razu rzucimy się na grubasy. Nie wyobrażam sobie, że moją pierwszą stycznością z Dukajem byłby olbrzymi Lód (którego nie czytałam, ale patrząc na inne, dość trudne do czytania jego książki... To mogłoby być wyzwanie. Choć twórczość Dukaja lubię i szanuję), a z groteską - Pożegnanie jesieni Witkacego (świetna książka!). No a jak ktoś jeszcze nie wie, czym jest mdławy romans historyczny - niech lepiej traci czas na czymś krótszym, niż Jeździec miedziany Simons (nie polecam). Czym książki krótsze, tym więcej w niewielkim czasie można odkryć, spróbować. 

    3. Smakowanie
Wiemy doskonale, że im coś występuje w mniejszej ilości, tym bardziej jest wyjątkowe. Weźmy na przykład takie... poziomki. Jestem przeogromną wielbicielką poziomek, a jest ich jak kot napłakał - nie dość, że tylko sezonowo, to i latem jak na targu znajdziesz (albo w lesie), to niemal cudem. Kiedy więc już mogę rozkoszować się ich niebiańskim smakiem, robię to powoli, zachwycam się każdą małą poziomeczką! Gdybym miała ich pod dostatkiem, żarłabym garściami... Analogicznie z krótkimi książkami - można powoli delektować się każdą stroną. Skupienie większe, łatwiej zachować uwagę, więcej się zapamiętuje. I się nie nudzi tak szybko. 

    4. Pochłanianie 
U mnie działa to tak, że jak mam kryzys czytelniczy, to potrafię niemal w ogóle nie czytać, może sporadycznie. Wtedy masowo oglądam seriale i filmy. Kiedy chcę kryzys przełamać - wiadomo, że nie sięgam po najcięższe (w dosłownym znaczeniu) tomisko w domu. Nie chcę w końcu wpaść w kolejny kryzys. Biorę się za książki jak najcieńsze. Wystarczy, że jedna taka książka mnie wciągnie, i biorę się za kolejną. Pochłaniam w dzień czy dwa. Nie męczę się tygodniami. To miłe uczucie, kiedy się tak szybko przeczyta książkę. Człowiek ma po prostu satysfakcję - udało się, skończyłam, jestem kimś! Dobijamy w tym miesiącu do dziesięciu książek! To bardzo motywuje do czytania taką leniwą kluchę jak ja. Serio, jestem ludzka, co będę kłamać. 

    5. Więcej za mniej 
Cienkie książki są z reguły tańsze. Jeśli kupię trzy grube książki i zapłacę stówę (hehe, przy dobrych wiatrach), to za tę samą kwotę kupię cztery, może nawet pięć książek krótszych. Czaicie bazę? Jestem studentem-sknerą. Zawsze biorę to, co tańsze. Wiadomo. 

    6. Eksperymentowanie z formą 
Może tu się nie zgodzimy, mając przed oczami Ulissesa Joyce'a, ale odnoszę wrażenie, że krótka forma sprzyja literackim eksperymentom. Sprawia, że czytelnik doświadczy czegoś nowego, ale nie zdąży się tym znudzić. Weźmy chociaż Innych ludzi Masłowskiej - gdyby to było dwa razy grubsze, poddałabym się. A tak mam w pamięci obraz książki dziwnej, ale charakterystycznej i ciekawej. 

    7. Podróże
Tu sprawa jest oczywista - bagaż jest zawsze dziwnie za mały, kiedy chce się wszystko zmieścić. Przemieszczając się, chcemy nasze walizy, torby i plecaki jak najbardziej odchudzić, żeby nie dźwiga. Dużo wygodniej czytać w tramwaju książkę małą, niż ogromne tomiszcze, od trzymania którego bolą ręce i spojrzenia innych pasażerów. 

    8. Brak przywiązania do historii i bohaterów 
Przestałam lubić tasiemce. Naprawdę. Jasne, lubię, jak historia mnie wciągnie - ale wole takie szybkie strzały. Nie chcę obsesyjnie myśleć o bohaterach fikcyjnej opowieści i zastanawiać się, co tam dalej z nimi będzie. A oczekiwanie na kolejne części jakiejś serii właśnie to z człowiekiem robi. Kiedyś uwielbiałam to uczucie kibicowania bohaterom, traktowania ich jak żywych - pewnie teraz też z przyjemnością bym się zaczytywała w dobrej, grubej młodzieżówce. Ale już nie chcę. Mam to w serialu i mnie to męczy, jak coś ma za dużo sezonów. Chociaż powieści chciałabym od tego przywiązywania się uwolnić. Literaturę traktuję poważniej i nie chcę się tu pysznić, po prostu film/serial to rozrywka, książki dobieram ostrożniej i rzadziej służą mi czystej rozrywce. Ktoś rozumie, ma tak samo? Oczywiście wyjątkiem jest Jeżycjada. Bo jest ze mną od dawna i kocham ją bezwarunkowo (nawet jeśli ta miłość bywa trudna). 

    9. Szybsze poszerzanie horyzontów 
Też macie poczucie zaległości kulturowej? Że jakoś tak za mało w życiu przeczytaliście, za mało znacie, za mało wiecie? I że chcielibyście być bardziej oczytani, z łatwością rzucać nazwiskami? No to słuchajcie - cienkie książki. Jeśli masz do wyboru przeczytać jedną Wielką Ważną Książkę albo trzy Małe Ważne Książki - wybierz te trzy. Trochę powtarzam to, co już pisałam wyżej, ale jeśli chcesz poznać Autora, o którym wszyscy mówią, ale nagle okazuje się, że to nie autor ale Autorów Milion, to zwracaj uwagę na ich Wielkie Krótkie Dzieła. Nie ma za co. Służę swoją starannie obliczoną erudycją.

    10. Stop wodolejstwu 
Masz wrażenie, że niektóre grube książki mogłyby stracić połowę swojej objętości i w ogóle by na tym nie ucierpiały, a wręcz taka terapia uszczuplająca by im pomogła? Cóż, tak jest. Jak gdyby autorzy mieli zaprogramowane w umysłach, że gruba książka to lepsza książka i więcej hajsu (a przecież nie płacą im za ilość znaków! Choć obiło mi się o uszy, że kiedyś, gdzieś tak było. Ktoś wie coś więcej?). I często wychodzi wodolejstwo. Nie lubię wodolejstwa. Wolę konkret. W Lalce nie cierpiałam Pamiętnika starego subiekta, a u Kosika przydługich dysput technologicznych. Czasem warto sobie darować i pomóc czytelnikom! 

Gdyby jakaś książka poczuła się urażona, to przepraszam, nie dyskryminuję żadnych bardziej puszystych tomów. Przepraszam za nazywanie Was grubasami. Ale może pora przejść na dietę? 

Choć starałam się nie być nadęta i nie wszystko w tym poście było na sto procent poważne, to rzeczywiście prawdą jest, że wolę niegrube książki. I nie czuję się przez to mniej wartościowym książkoholikiem czy głupszym człowiekiem, co boi się "ambitniejszej" literatury. Tłumaczę, bo choć wierzę w swoich czytelników, to stereotyp wielkiej książki = mądrej książki tkwi w wielu. A mały tomik może swoim niedopowiedzeniem zdziałać w mózgu dużo więcej, niż gruby przegadany tom, w którym autor boleśnie długo tłumaczy i opowiada nam wszystko... A więc jeszcze punkt 11 - Niedopowiedzenia. WIELBIĘ. 

Co o tym sądzicie? Jakie książki lubicie czytać najbardziej? Co z seriami? Jakie są Wasze ulubione cienkie pozycje, które moglibyście polecić? 

PS. Raptory ze zdjęcia to komiks Dema, twórcy najlepszej rzeczy w internecie - czyli Kucy z Bronksu. Ktoś ogląda?
PS2. Przepraszam za to, że tekst o krótkich książkach jest tak długi i się tak ciągnie nawet w postscriptum... Macie kuce na koniec. Bo książki nieraz są przyczynkiem do afirmacji życia! O. Ludowa mądrość. 

10 lipca

Spóźnione podsumowanie czerwca: minirecenzje, zdalna sesja, zalana klawiatura i mój pierwszy (sic!) audiobook

Spóźnione podsumowanie czerwca: minirecenzje, zdalna sesja,  zalana klawiatura i mój pierwszy (sic!) audiobook

PRZETRWAŁAM. 
Na tym mogłabym skończyć tego posta. Miniony miesiąc był z lekka rąbnięty, choć głównie kisiłam się w domu. W końcu skończyłam wszystkie prace zaliczeniowa i CHWAŁA PANU, bo już od genologii bolała mnie głowa, a po morfie to dosłownie rozłożyło mnie na cały dzień (ale zdane! Na dumne 3+!).  A jeszcze zalałam klawiaturę w laptopie i nie działa mi 'n', 'b', prawy alt oraz delete. No. Słabo. Piszę na służbowym taty. 

W końcu jako tako wznowiłam życie towarzyskie, przeżyłam pierwsze wege ognisko, pojechałam w góry, gdzie trochę się podbrązowiłam (ale tylko trochę). Ogarnął mnie szał ciał na pielęgnacje skóry twarzy i kwiatki w pokoju, więc poszłam za modą, ale może to dobry trend. Coś jeszcze..? Dużo kupowanych rzeczy. Sprzedaż książek na Allegro. Refleksje na temat tego, jak to czas jednak szybko ucieka, poszukiwanie pracy (dość leniwe). Czas rozstań. Całogodzinne śmianie się z kota i oglądanie Jane the Virgin (już całe obejrzane, więc nie kusi. Dobrze! A tak w ogóle to polecam). Ręka, noga, mózg na ścianie. Radość. Dziwność. Spadek pasji. I pragnienie pójście na tłoczną, pełną potu innych ludzi imprezę w ciasnych klubie z disco polo. Moje życie musi nabrać tempa, bo zwariuję przed kompem i książkami! 

Powitajmy jednak gwiazdy dzisiejszego przedwieczoru! Książki, które udało mi się przeczytać bądź (tak!) przesłuchać w minionym miesiącu. A jako że zawaliłam sprawę i zrecenzowałam tylko jedną z nich (spuśćmy zasłonę milczenia na moją nędzną aktywność na blogu i w mediach w ostatnim czasie i zwalmy winę na studia), to poniżej znajdziecie moje krótkie spóźnione recenzjo-refleksje. W kolejności od najgorszych, choć wielkich rozczarowań nie było.  

  • Czarne oceany, Jacek Dukaj

Perfekcyjna niedoskonałość tego pana zrobiła na mnie sporo wrażenie, więc do Czarnych oceanów podchodziłam bez ostrożności i z nadzieją, tym bardziej, że powieść dostała nagrodę Zajdla i w ogóle zbierała niezłe opinie. Efekt: wynudziłam, wymęczyłam, przecierpiałam. Zawiłe to, przegadane, pełne niezrozumiałych dla mnie i spowalniających fabułę monologów. Żałuję, że nie porzuciłam lektury już na początku. Dalej nie do końca czaję, co tam się podziało. Taki typ SF nie jest dla mnie, nawet jeśli Dukaj miał kilka ciekawych pomysłów, jak choćby NETi, etykietę obowiązującą pod oczami wszechobecnych kamer, czy telepatów, którzy nie tyle zaglądają do cudzych mózgów, ale są bombardowani myślami wszystkich znajdujących się w pobliżu ludzi. Polecam tylko freakom kochającym hard science fiction i cyberpunk. 

Odsyłam do recenzji na blogu! Tej jedynej, którą napisałam w czerwcu... Słowem podsumowania - dobrze się czytający średniaczek. 

  • Życie Sus, Jonas T. Bengtsson

Powieść skandynawska o dziewczynie z blokowiska. Haszysz, samobójstwa, bijatyki i brud. Narracja pierwszoosobowa. Jako dziewczyna z blokowiska czuję się urażona, bo nie jestem przestępczynią i żadnej patologii tu nie ma (no chyba że łazikujący pod sklepem wiecznie pijany sąsiad). Ale rozumiem ideę, przedstawienie pół, a właściwie ćwierćświatka, bo nie ma tu żadnych wielkich mafii i groźnych, straszących śmiercią rodziny byków. Sus jest nieco groteskowa, bo maleńka, a stara się zgrywać twardzielkę. Jej codzienne próby, takie jak wdawanie się w bójki czy kradzież wagi ze sklepu, wydawały mi się nieco zabawne, a nie tragiczne... Na pewno niezrozumiałe. Podejrzewam Sus o jakieś skrzywienie i traumę rodzinną. Dziwna postać, dziwna historia. Trudno mi powiedzieć, co ta opowieść ma ze sobą nieść, co powodować. Pesymizm? Współczucie? Powieść wciąga i jest rewelacyjnie napisana, jestem pewna, że do wielu trafi. Ta dosadność. Brak kwiatków. Zachwiana bohaterka. Mnie szczególnie nie ruszyło, nawet nie pamiętam zakończenia. Na pewno żałuję, że nie napisałam od razu recenzji!

  • Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha

Mój pierwszy w życiu do końca przesłuchany audiobook!!! Serio, serio. Trudno jest mi oceniać książkę, przy której pichciłam, myłam gary i zasypiałam. Na pewno szacunek za dźwięczny głos Marcina Popczyńskiego. Kiedy jednak nie skupiam się sama na słowach, moje myśli uciekają, więc wątpię, żebym wiele z Rzeczy... zapamiętała. Na pewno liczne nawiązania i "erudycyjne wtręty". Refleksje po stracie matki, powroty do przeszłości, z których wyłania się postać niebagatelna, żyjąca spoza grobu. Sporo tu ciepła, mniej melancholii, jakiś kojący ton (choć może to akurat zasługa lektora?). Dopiero wczoraj dowiedziałam się, że książka dostała Nike za 2018 (w ogóle dopiero wczoraj zainteresowałam się konkursami literackimi, aż dziw, że tak późno). Czy mnie to dziwi? Cóż, trochę żałuję, że nie przeczytałam wersji papierowej, na pewno wiele mi umknęło. Ale z audiobookami chyba zostanę na dłużej. 

  • Kadisz, Henryk Grynberg 

Kto obserwuje mnie na Instagramie, być może wie, że o Kadiszu pisałam na zaliczenie Literatury 1968-89. To była po prostu najcieńsza pozycja, jeśli chodzi o prozę. Malutka książeczka, ale ogromna dawka przeróżnych emocji. Przepiękne literackie przeżycie. Jak być Żydem na emigracji w USA? Po co pamiętać o Zagładzie? Co zrobić, gdy odchodzi ostatnia osoba, z którą dzieliliśmy wspomnienia (przez przypadek trafiłam na dwie książki o stracie matki)? Czym różni się śmierć nagła od śmierci z choroby i czy któraś jest "dumniejsza"? Jak testament przeszkadza w żałobie i czemu Żyd bywa żydem dla własnej matki? Na pewno jeszcze sięgnę po Grynberga, czytając wywiady z nim, stwierdzam, że to niesamowity, mądry człowiek. 
Czułem lęk. Ona była moim ostatnim żywym wiązaniem z tamtym światem, który był naprawdę nasz. Po niej zostawałem już sam wśród tych wszystkich, których nam zgładzono (...). Zostawałem ostatnim świadkiem, żeby swym świadectwem zaprzeczać nicości [s. 39]
To tyle z książek! Jeśli chodzi o filmy i seriale - będę się streszczać. Oto, co ciekawego udało mi się obejrzeć: 
  1. Wybory Paytona Hobarta (2019) - młodzieżowy serial o chłopaku, co to chce zostać prezydentem. Grany przez Bena Platta, którego możecie kojarzyć śpiewającego w Dear Evan Hansen (osobiście bardzo lubię jego głos). W środku sesji obejrzałam dwa sezony. Ogólnie szału nie ma - typowe, obsesyjne dla Netfliksa tematy (ekologia, swoboda seksualna, wszelkie dyskryminacje...), które wyjątkowo nachalnie rzuca się nam w twarz, za czym nie przepadam. Dziwna wizja świata, w którym liczą się przede wszystkim pozycja, niezdefiniowane bycie sobą i związki. Pierwszy sezon jeszcze ciekawy, przez świeżość (ciekawi, przymuleni bohaterowie, karykaturalna, wciągająca przesada, wątek Infinity i jej babci...), drugi - tylko dziwny. W kółko mówią o ekologii i trójkątach. Zmarnowana postać Astrid. Patologie. Wciskane na siłę piosenki, żeby Ben mógł sobie pośpiewać. Średniaczek. Nie mój gust. Trzeciego sezonu już oglądać nie będę. 
  2. Eurovision Song Contest. Historia zespołu Fire Saga (2020) - nieźle porąbany film! Nie wiem, czy umiem powiedzieć o nim coś konstruktywnego. Po prostu przyjemna bujda na resorach, w której nic się kupy trzymać nie musi, i to jest w tym filmie najpiękniejsze. Można się pośmiać. Czasem tak żenujący, że aż nieprzyjemny.
  3. Wredne dziewczyny 1 i 2 (2004, 2011), American Pie (1999), Słodkie zmartwienia (1995) - miałam jakiś niewytłumaczalny szał na starsze filmy nastolatkowe... To było tak złe, seksistowskie, banalne i okropne, że zostawiam bez komentarza. Nie oglądajcie tego. Ble. Fuj.
  4. Pogrzebany (2010) - czy półtoragodzinny film, w którym jesteśmy razem z bohaterem cały czas zamknięci w trumnie, może trzymać w napięciu? Może! Co prawda Pogrzebany to typowy amerykański film akcji i czasem tylko kręciłam oczami, ale dobrze się ogląda. 

Na koniec, żeby tradycji stało się zadość, wklejam piosenkę. Coraz bardziej lubię Ralpha. Chwila, kiedy śpiewa "METEEOOR!" to moja ulubiona. Wyję razem z nim, choćby się paliło. 

13 czerwca

Sklepy, które lepiej wiedzą, czego chcesz i prezydent-robot. QualityLandia Klinga

Sklepy, które lepiej wiedzą, czego chcesz i prezydent-robot. <i>QualityLandia</i> Klinga

QualityLandia to polityczno-społeczna satyra wykorzystująca chwyt rodem z sci-fi czy antyutopii, skacząc w czasie w niedaleką przyszłość. A tam - ludzie o różnych levelach, sklepy, które przywożą niezamawiany (ale wymarzony!) towar pod dom, roboty z kompleksem rozlanej herbaty, pikantniejsza wersja Dumy i uprzedzenia, wybory prezydenckie pomiędzy debilem a robotem oraz system, który lepiej wie, kim jesteś. W QualityLandi wszystko jest po prostu naj. 

Bohaterowie: Piotr Bezrobotny (level chwiejący się koło 10, czyli słabo), który pragnie sprawiedliwości. John - starający się o prezydenturę robot z genialnymi, rozsądnymi pomysłami. Martin  Zarządca - bogaty tępak znęcający się nad żoną, całkowicie nic nie wnoszący do fabuły. 

Rzeczywistość, która ponoć przypomina tę naszą. Lubimy patrzeć czarno, prorokować na smutno, przewidywać na gorsze i nie doceniać własnego gatunku. Marc-Uwe Kling idzie za tym trendem. Dobre są tu tylko roboty i jakiś jeden biedak, reszta to odczłowieczona masa. Pośmiać się trochę z ludzi i wyjść na erudytę (proroka?) - tyle wystarczy, by się wyróżnić? A jednak nic nowego pod słońcem, niestety, wyświechtane hasła o tym, że zabija nas konsumpcjonizm i pogoń za coraz lepszym. 

Jestem dość niemiła, bo porównania do Orwella, genialnego w Roku 1984 i Folwarku zwierzęcym, są zdecydowanie przesadzone. Orwell miał niesamowity smak, chwytał za serca, polityczne aluzje to u niego przyczynek do refleksji filozoficznej, egzystencjalnej, zastanowienia się nad własnym ja i nad historią. To dzieła zapierające dech, urzekające prostotą. Kling - to bajerant. W QualityLandii jest za dużo wszystkiego - tu jakiś fragment przewodnika turystycznego, tam komentarze na fikcyjnym forum, tysiąc przedmów i ufajnień. Męczące to kombinowanie. W dodatku dość łopatologiczne przemowy bohaterów, wyjaśnianie każdej niezbyt skomplikowanej myśli, karmienie czytelników papkami dla niemowląt, żeby każdy łatwo wszystko połknął i przetrawił. Nie lubię być tak traktowana. Chwytam. Świat jest zły i zmierzamy do zagłady. Odkrywcze. 

Może nawet jestem niepotrzebnie uszczypliwa - Kling ma kilka ciekawych pomysłów (choćby z levelami i systemem, który niejako tworzy nas, podając nam specjalnie przygotowane, nawet jeśli zindywidualizowane, treści). Podoba mi się też, że woli korzystać z ironii i humoru niż z dramatyzmu. QualityLandię czyta się naprawdę szybko i dość przyjemnie, nadal jednak nie jestem w stanie określić jej mianem wyższym niż - przeciętna. Całkiem zgrabna, nawet niezła - ale przeciętna. Przewidywalne historie, tanie chwyty, typowi bohaterowie, żadnego wstrząsu, blasku albo szczególnych uroków. Za to można się uśmiechnąć i miło spędzić kilka godzin. 
Każdy człowiek to dla nas czarna skrzynka. To znaczy, widzimy wejście i wyjście, ale nie mamy zielonego pojęcia, co się dzieje w środku i dlaczego. [s. 351] 
Polecam QualityLandię jako relaksującą lekturę na wieczór, kiedy nie chcecie czytać chłamu, ale też nie aspirujecie na coś bardzo ambitnego. Tylko nie nastawiajcie się na odkrycie stulecia i następcę Orwella - Orwell jest tylko jeden. 

QualityLandia Marca-Uwe Klinga, tłum. Magdalena Kaczmarek, Wydawnictwo Niezwykłe, Oświęcim 2020.

05 czerwca

Piękno matematyki i relacji międzyludzkich. Ukochane równanie profesora Ogawy

Piękno matematyki i relacji międzyludzkich. <i>Ukochane równanie profesora</i> Ogawy

Z japońską literaturą miałam styczność tylko raz i nie było to zbyt udane spotkanie - mówię tu o Bezbarwnym Tsukuru Tazakim i latach jego pielgrzymstwa Murakamiego. Koszmarna książka wybierana na oślep w miejskiej bibliotece. Tym razem mój wybór był bardziej świadomy i wyniknął z zainteresowania wydawnictwem Tajfuny i żywymi poleceniami. Weszłam na stronę Tajfunów, wybrałam powieść Ogawy (którą rekomendowała Pola, dziękuję!), zamówiłam tam, gdzie było najtaniej, odebrałam i przeczytałam tego samego dnia (pomimo goniących za mną terminów zaliczeń na studiach). O bosz, więcej takich książek! Ukochane równanie profesora zdobyło moje serce szturmem, napierając ze wszystkich stron. 

Gospodyni, jej syn Pierwiastek i Profesor. Trójka bezimiennych bohaterów, których losy splatają się pomimo... problemów z czasem. Pamięć profesora, niesamowitego matematycznego umysłu, w wyniku dawnego wypadku sięga jedynie osiemdziesiąt minut wstecz. Swoją gosposię i jej syna mężczyzna poznaje więc codziennie na nowo - mimo to, śledząc ich relacje, czytelnik jest skłonny nazwać ją przyjacielską. Patronują jej w końcu odwieczne prawa - liczby. 
Matematyka jest piękna właśnie dlatego, że nie przydaje się w codziennym życiu - mawiał Profesor. - Nikt nie zarobi pieniędzy dzięki temu, że poznał liczby pierwsze. Oczywiście, mimo że liczby odwracają się do świata plecami, niektóre matematyczne odkrycia mają zastosowanie praktyczne. (...) Ale nie to jest celem matematyki. Jedynym celem matematyki jest odkrywanie prawdy. [s. 123]
Ukochane równanie profesora to powieść o pięknie matematycznych wzorów, ale głównie o dobru ludzkich serc, relacjach (także tych międzypokoleniowych), ogromnej miłości do dzieci i szczęściu, którego nie definiuje stan konta i spełnienie zawodowe. Jest w niej mnóstwo codziennej, normalnej wrażliwości, niedramatycznej czy nadzwyczajnej, ale przejawiającej się odruchami życzliwości. To nie jest książka, która ma wstrząsać, zaskakiwać, wywoływać dreszcze. Opowieść jest prosta, bardzo prosta, tą prostotą, pięknem i szczerością porywa serca, wywołuje uśmiech i łzy. 

Brakuje mi takich książek, które nie kombinują, nie szukają skandali i nowych środków wyrazu, ale tak po prostu opowiadają ludzkie, piękne historie. Ogawa nie skupia się na cierpieniu i rozpaczy, nie roztrząsa bólu, nie szarga emocji czytelników - z wyczuciem operuje radościami i troskami. Jej bohaterowie są dobrymi ludźmi łapiącymi chwile, takimi jak my. Najbardziej rozczulała mnie oczywiście postać Profesora - zwłaszcza jego bezinteresowna miłość do każdego dziecka. Nieraz miałam łzy w oczach, obserwując jego troskę i uwagę: 
Profesor upierał się, że najlepsze kąski muszą przypadać najmłodszym. Nawet kiedy rozmyślał nad kolejnym zadaniem z czasopisma, zawsze znajdował czas dla chłopca. Uwielbiał odpowiadać na jego pytania. Wierzył, że problemy dzieci są dużo ważniejsze niż problemy dorosłych. Zanim odpowiedział na jakieś pytanie, zachwycał się jego mądrością, dzięki czemu Pierwiastek nie tylko nie wstydził się pytać, lecz wręcz czuł się z tego powodu dumny. [s. 138]
Serio, tę książkę powinni czytać rodzice, pedagodzy, dziadkowie, osoby jakkolwiek powiązane z dziećmi. Jako (prawdopodobnie) przyszła nauczycielka jestem wzruszona tym, jak pięknie Ogawa mówi o dzieciach, z jakim szacunkiem je traktuje rękami, oczami i sercem Profesora. Porusza mnie dobroć międzyludzka i wszelka serdeczność (naprawdę już mi rośnie gula w gardle, ale wiecie, takiego dobrego płaczu), a Ogawa operuje właściwie tylko tymi środkami, żeby wywołać w czytelnikach emocje. Nie potrzebuje widowiskowych scen śmierci, rozczarowań i śmiertelnych chorób. Jak płacz - to tylko z uśmiechem i krzyczącymi w głowie zachwytami "jakie to piękne!", "jacy oni są wspaniali!". Fenomenalne (i dzisiaj dość niepopularne) są również jej przemyślenia dotyczące popełniania błędów. Jeśli Profesor nie jet wzorem pedagoga, to ja nie wiem, kto nim może być: 
Odpowiedzi, jakich oczekiwał od nas Profesor, niekoniecznie musiały być prawidłowe. Dużo bardziej cieszyły go te chybione, choć wymyślone z mozołem, niż cisza. Twierdził, że błędy prowadzą nas do nowych problemów i rozwiązań, i to wzbudzało jego entuzjazm. Dzięki teorii „prawidłowego błędu”, jak mawiał, nie mieliśmy kompleksów, a wręcz satysfakcję, gdy nasze odpowiedzi rozmijały się z prawdą. [s. 8]
Ogawa kocha nie tylko ludzi, ale też liczby, i jest to cudownie urocza miłość! Zaglądanie do dziennika Boga, odkrywanie wszechświata za pomocą wzorów - pięknych wzorów, pełnych harmonii i ciszy! Ta fascynacja matematyką się udziela (naprawdę). Liczby stają się przyjazne i miłe, popatrzcie tylko: „dlaczego normalne słowa, użyte w odniesieniu do liczb, brzmią tak romantycznie? (...) Łatwo je sobie wyobrazić: zaprzyjaźnione - w serdecznym uścisku, bliźniaczki - w takich samych ubrankach, trzymają się za ręce” [s. 69]

Nie chcę jednak, żeby z mojej recenzji wybrzmiał taki wniosek, że Ukochane równanie profesora to sam cukier, słodkość i uroczość. Bo tak nie jest. Profesor przecież nie ma pamięci i całymi dniami rozwiązuje zadania z czasopism, zostając na utrzymaniu szwagierki. Nasza narratorka jest gosposią, bo młodo zaszła w ciąże i opuściwszy dom, musiała złapać jedyne zajęcie, na którym się znała. Pierwiastek za to jest skazany na samotne czekanie na matkę w domu, bo ta pracuje do późna. Potrafią jednak mimo wszystko być szczęśliwi i to tak bardzo w tej powieści urzeka. 

Na koniec banał - przemyślenia na temat okładki. Myślę, że jestem estetką i oceniam książki po okładce. To w sumie mało powiedziane - często moim głównym kryterium przy wyborze lektury jest okładka i ogólne wrażenie wizualne, na które składają się: rodzaj papieru, czcionki, marginesy... (nie o tym jednak - dlaczego warto oceniać książki po okładce opowiem może w osobnym poście) Nic dziwnego, że cała oferta Tajfunów mnie oczarowała, a gdy dostałam zamówienie z Ukochanym..., poruszyło się moje edytorskie serduszko i z miejsca zaczęłam czytać. Minimalizm, staranne wykonanie, przyjemy papier i czcionka... Słowem, przepiękne wydanie. Co więcej, na stronie redakcyjnej podane są informacje techniczne, z których dowiadujemy się, że książka została złożona pismem Garamond na papierze Munken - nieczęsto się takie dane spotyka, a szkoda. Podobnie spodobało mi się umieszczenie biogramu tłumaczki na jednym ze skrzydełek - o tytanicznej pracy tłumaczy również niewiele się mówi, pomimo że są niemalże drugimi autorami dzieł. Tak więc podziwiam Tajfuny, wspaniała robota. 

Jeśli moja recenzja i wszystkie moje zachwyty nie zachęciły Was do natychmiastowego poznania Ukochanego równania profesora, to pozwólcie, że wyciągnę z rękawa ostatni argument - to powieść do połknięcia na jeden dzień, nie macie nic do stracenia! 

Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy, tłum. Anna Horikoshi, Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2019.

03 czerwca

Podsumowanie maja! Wieś i studia to zło, wena jest kapryśna, a książki nie czytają się same

Podsumowanie maja! Wieś i studia to zło, wena jest kapryśna, a książki nie czytają się same

Witajcie! Ostatnio mój czas dzielę pomiędzy 1) martwienie się studiami i tym, że znowu o czymś zapomniałam, 2) zabieranie się za rzeczy na studia i 3) odpoczywanie od studenckich rzeczy, 4) których i tak nie robię. Widzicie więc, jak musi być mi ciężko. Ballady znów pustoszeją (razem z moim mózgiem), ale nie poddaję się, oglądam serial i udaję, że wszystko jest ok i wcale nie mam kilku zaległych prac do napisania! Poza tym maj spędziłam w większości na wsi, gdzie naprawdę NIE DA SIĘ pracować. Dziwny miesiąc. Do rzeczy! 

Wena i inspiracja nie imały się mnie w tym przepięknym miesiącu (bosz, jak ja kocham wiosnę!), a czytanie książek przegrywało z nicnierobieniem... Mimo wszelkich niedogodności i mojego lenistwa (wraca jak bumerang, jak ci systematyczni, poukładani ludzie go pokonują?!) udało mi się coś tu jednak napisać, przeczytać kilka książek - i jeszcze więcej kupić, za co akurat biję się w pierś. Na blogu pojawiły się trzy posty: jedna recenzja, wpis o niszowych wydawnictwach oraz literacki apel o nieczytaniu książek jak reportażu. Mało, mało, ale mam nadzieję, że odrobię po uporaniu się ze studenckimi bzdurami. Już kilka wersji roboczych czeka w kolejce! 

Przeczytane

Ilościowo po raz kolejny szału nie ma, choć czytałam jak na siebie całkiem dużo. Poza książkami, które udało mi się skończyć, przeczytałam również większość Czarnych oceanów Dukaja (jest całkiem nieźle, choć dłuży się) oraz książki Janiny Bąk - Statystycznie rzecz biorąc (porzuciłam w połowie, jednak nie mój temat, nawet jeśli lubię Janinę). Zaczęłam też słuchać, uwaga, swojego PIERWSZEGO (serio!) audiobooka, Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy na Empik Go. Zobaczymy, czy się przekonam do takiej formy (na razie jest całkiem nieźle). Wcześniej próbowałam chyba dwa, trzy razy słuchać książek, ale nic z tego nie wyszło. Przejdźmy jednak do książek, które udało mi się przeczytać w całości - w zasadzie to same cieniutkie pozycje, ale jakie! 
  1. Po trochu Weroniki Gogoli. Wspaniała, mądra, zachwycająca nie tyle prostotą, co otwartością i autentycznością. Autorka bazuje na swoim dzieciństwie w Olszynach (słowem, mała wieś na południu Polski) i przy tej okazji opowiada o dorastaniu i śmierci. Naprawdę z serca polecam! Można się zdziwić i uśmiechnąć. 
  2. Jezioro Bianci Bellovej. Powieść czeska. Miałam mieszane uczucia, ale w gruncie rzeczy to kawał dobrze napisanej literatury, która sprytnie bazuje na rzeczywistości, choć brzmi jak smutna, postapokaliptyczna wizja świata bez radości i dobra (a mi zawsze trudno się z takimi książkami zaprzyjaźnić...). Zapraszam do recenzji. 
  3. Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy. Powieść japońska. TOTALNY ZACHWYT! To trzeba przeczytać. Pełna wrażliwości, normalności, piękna. Cudo. Recenzja się pisze. 
  4. Genesis z Ducha oraz Król-Duch Juliusza Słowackiego. Moje lektury na romantyzm. Szczerze? Zraziłam się w tym semestrze do romantyzmu, niegdyś mojej ulubionej epoki literackiej (taaa, wielu przez to przechodziło, wiem). Te ich wizje, wyższość, cierpienie... Nieszczęsny Towiański z tymi swoimi bzdurami... Te duchy, reinkarnacje i historiozofia... No, zaszalałeś, Julek. Nie dziwię się, że nikt mu tego nie rozumiał...
Obejrzane

Oglądałam za to sporo (jak zwykle...) i oto najciekawsze pozycje:
  1. Jeszcze nigdy... Młodzieżowy serial dziewczynie z hinduskiej rodziny, która chce być cool, i jej pokręconych znajomych. Miły, przyjemny, wciągający, a nie ogłupiający, co się ceni. Mam kilka haczyków, ale obejrzałabym drugi sezon, więc chyba nie było źle. 
  2. Jane The Virgin. Wkręciłam się bardzo bardzo, choć nie miałam wielkich nadziei, gdy odpalałam ten serial na Netfliksie. Jest genialny!! Pozuje na telenowelę, burzy czwartą ścianę, propaguje naprawdę piękne, ludzkie wartości (a nie tanią, agresywną ideologię), bawi się kiczem i po prostu wciąga jak cholera. To jeden z tych seriali, w których trzeba się opowiedzieć w teamie Michaela lub Rafaela... I nie denerwować się na ciągłe rewelacje. Nie wierzyłam, że mi się spodoba, a tkwię już w połowie drugiego sezonu i mam zamiar obejrzeć wszystkie pięć. 
  3. Truman Show. Całe życie kojarzyłam ten tytuł z głupią komedią, a to naprawdę świetny film z super pomysłem i wcale niegłupim przesłaniem! Polecam, jeśli ktoś jeszcze nie oglądał. 
  4. Jupiter. Intronizacja. O bosz, można się było spodziewać czegoś lepszego po takiej obsadzie i twórcach Matriksa... Kicz, głupota, banał i żałość. Tyle. Fuj. 
  5. Skutki noszenia kapelusza w maju. To przekochany polski film z 1993, trochę może momentami nieporadny, ale tak cieplutki, pozytywny i sympatyczny, że wybaczam. 
  6. Harry Potter. Tak. Kwarantanna to idealny czas na kolejny maraton z Harrym! (tym bardziej, że cała seria wskoczyła na Netfliksa) Inaczej mi się to oglądało niż jeszcze dwa lata temu. O wrażeniach planuję opowiedzieć w osobnym poście (oby powstał). 

To był maj! Jak tam Wam mijał czas? Macie coś ciekawego do polecania, książkowego lub filmowego? 


Ta piosenka, choć stara, zdobyła mój miesiąc. Słucham jej w kółko i w kółko. Najlepiej mi się ostatnio żyje przy takich gitarkowych, niesmutnych utworach. 

20 maja

Skażenie, brud, smród i dorastanie. Jezioro Bellovej

Skażenie, brud, smród i dorastanie. <i>Jezioro</i> Bellovej

Trudno mi pisać o książkach, które wiem, że są dobre, ale kompletnie mijają się z moim gustem czy przekonaniami. Jezioro przyprawiało mnie o marszczenie nosa, podnoszenie brwi, skrzywienia i smutek. Przejmujący marazm, drażniący, bo być może niepotrzebny, nierealny, sztucznie wywołany. Fatum, które ciągnie się za bohaterem jak (używając niezbyt ładnego, ale dosadnego powiedzonka mojej babci) smród po gaciach. No. Właśnie tak się ciągnie. Zero nadziei. Nic dobrego się tu nie wydarzy, bo w końcu takie, bolesne, jest dojrzewanie. Prawda? 

Nami, główny bohater Jeziora, mieszka w Borosie, osadzie rybackiej. Nie ma ojca ani matki, wychowują go dziadkowie. Spotykają go różne nieszczęścia, w końcu jest zmuszony wyjechać z rodzinnej wsi. W wielkim mieście życie jednak wcale nie jest łatwiejsze. Z małego chłopca Nami powoli zamienia się w mężczyznę - wraz z nim zmienia się otaczający go świat, a przede wszystkim toksyczne jezioro, dające życie, ale w coraz większym stopniu również śmierć. 

Fabuła opiera się na historii Jeziora Aralskiego i warto poznać ją przed lub po przeczytaniu powieści (choćby z Wikipedii) - całość nabiera wtedy głębszego sensu, wszystkie puzzle łączą się ze sobą. W ramach skrótu: Jezioro Aralskie (zwane też Morzem Aralskim) znajduje się na terenach dzisiejszego Uzbekistanu i Kazachstanu i jeszcze w 1960 było czwartym największym jeziorem na świecie. Dzisiaj zajmuje niechlubne miejsce szesnaste... W wyniku działań sowieckich na tych terenach z rzek zasilających jezioro zaczęto odprowadzać wodę na pola bawełny. Kanały jednak budowano błędnie i bez namysłu, przez co całe kilometry kwadratowe wody zamiast nawodnić pola albo zasilić jezioro - wsiąkało w ziemię lub parowało. Poziom wody w jeziorze zaczął gwałtownie spadać. Istna katastrofa ekologiczna: przez nadmierne zasolenie wymarło większość organizmów wodnych, upadła okoliczna gospodarka rybna, nasiliły się zachorowania na gruźlicę, tyfus i nie tylko, spadła przeżywalność noworodków, pojawiły się burze piaskowe i pyłowe... Poza tym na jednej z wysp sowieci prowadzili badania nad bronią biologiczną - po osuszeniu jeziora znajdujące się tam zwierzęta mogły rozprzestrzeniać groźne drobnoustroje, ten wątek również pojawia się w powieści Bellovej. 

Namiemu przyszło dorastać w umierającym świecie. Czym bardziej rośnie nasz bohater, tym silniej kurczy się jezioro. Życie Namiego naznaczone jest śmiercią i nieszczęściem, nie ma w nim nic radosnego. To fatum przygniata. Książka, w której dzieje się tylko zło, neguje istnieje jakichkolwiek cnót. Dojmujący, nieustanny pesymizm, świat, w którym są panowie i ofiary, okrucieństwo i słabość, podłość, przemoc i niesprawiedliwość. Bohaterowie-cienie, którzy nie mogą być szczęśliwi, bo los im nie sprzyja. Bardzo przykra lektura. 

Nie mogę jednak powiedzieć, że źle napisana. Styl Bellovej jest elegancki, zgrabny, pełen prostoty i klasy. Nie znajdziemy tu tanich refleksji, przydługich opisów po nic albo rzucanych od niechcenia złotych myśli. Surowa poetyckość przemawia do wyobraźni i działa na zmysły. Bezpośrednia narracja nie unika tematów bolesnych i wstydliwych, wręcz skupia się na wszelkim brudzie i odorze. To książka pisana potem i łzami: 
Giełda pracy to trzy, miejscami cztery rzędy mężczyzn, odzianych we wszystkie odcienie smutku. Zalatują wonią niemytych ciał i niepranej odzieży. Z reguły milczą i zrezygnowani patrzą w ziemię. Spracowane ręce z wżartym pod skórę brudem zaciskają w pięści. 
Bellová porusza wiele tematów filozoficzno-egzystencjalnych. Pyta o istotę życia, dom rodzinny (czym jest rodzina?), miłość, odwagę, powroty do tego, co jest już zupełnie inne, niż w naszej pamięci. Zastanawia się nad ludzką serdecznością, władzą i pożądaniem. Przede wszystkim jednak nad dorastaniem i zanikaniem. Czy da się żyć wśród śmierci? I jak radzić sobie ze zmianą? Nami jest zagubiony, musi poznawać świat na własna rękę i nie zawsze udaje mu się pozostać szlachetnym. Wręcz trudno go lubić. Mało kogo w tej powieści się lubi, wszyscy wydają się skażeni, tak jak i jezioro, koło którego żyją. Wszyscy są niewolnikami nie tylko Wodza, ale też Ducha Jeziora, są otoczeni brudem i pyłem. 

Trudno pogodzić mi się z tym, jaką pozycję zajmują w Jeziorze kobiety - to ofiary przemocy i męskiej dominacji. Gwałt, ciężka praca i seks - to je definiuje. Kobiety funkcjonują tu jedynie w odniesieniu do mężczyzn, czego nie lubię, są krzywdzone albo niedoceniane. Nie ma tu jednak tak naprawdę negatywnych postaci kobiecych - one są ofiarami. Mężczyźni za to są w większości niewrażliwymi świniami, ciągle napalonymi i rządnymi władzy, co też nie jest w porządku: Rosjanie, Johnny, dziadek Namiego, przewodniczący kołchozu... Stereotypowy, zimny, twardy facet i podporządkowująca się jego woli kobieta. Prawdopodobnie taki podział ról był zamierzony przez autorkę, ale mimo to przeciwstawienie dobrych, ale krzywdzonych kobiet z okrutnymi, złymi mężczyznami... nie przekonuje mnie. 

Czym dłużej myślę o Jeziorze, tym bardziej tę powieść doceniam. To zupełne przeciwieństwo literatury czeskiej, którą większość z nas kojarzy z ciepłym humorem i poczciwością. To powieść, która co prawda kładzie nacisk na to, co w życiu trudne i niesprawiedliwe, ale robi to z wielką gracją. Siedzi w głowie, drąży. Pokazuje, że co by się nie działo, warto trzymać się życia, eksplorować je, próbować zrozumieć. Niestety daje również przesłanie, z którym się nie zgadzam - że często walka o lepsze życie, nie ma sensu - że lepiej dostosować się do tego, co jest, pogodzić się z nierównością i podłością. Akceptowana, powszechna degrengolada. Czy życie i dorastanie naprawdę jest takie do dupy? Z tym wzniosłym pytaniem Was zostawiam. I z cytatem: 
Nami kładzie dłonie na brzuchu, przyjemnie znów się porządnie najeść. Naciska coraz mocniej, ale choćby szukał nie wiadomo jak głęboko, nie może znaleźć żadnych uczuć; jest tam tylko pusta długa nora, wykopana kiedyś przez dzikie zwierzę. Zostawił fragmenty siebie samego z ludziach, których kochał, i nie ma już nic.
Jezioro Bianci Bellovej, tłum. Anna Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2018. 
Copyright © Ballady bezludne , Blogger