04 stycznia

Walka z umysłem czy kosmicznym oceanem? "Solaris" Lema


Kosmita! Widzisz go w głowie. Jak wygląda? Zielony stwór z antenką na głowie i pokracznymi, błoniastymi dłońmi? Galaretowata, rozumna maź/plazma przepoczwarzająca się w różne osobowe formy? Zwykle przybywa na Ziemię jakimś latającym spodkiem z przyjaznymi lub wrogimi zamiarami i nawiązuje kontakt z ludzkością. Na podobnych motywach inwazji, wizyty kosmitów czy odkrycia rozumnego życia na obcej planecie bazuje wiele powieści science fiction. U Lema jest inaczej. Jego "kosmitę" trudno w ogóle umieścić w polu rozumienia człowieka, a planeta Solaris jest jak cierń w wybujałym ego ludzkości.

Kris Kelvin przybywa na stację Solaris w czasie, gdy po dziesiątkach lat do niczego prowadzących badań niemal całkiem umarło zainteresowanie tą planetą. Oprócz Kelvina na stacji przebywa dwóch naukowców, Snaut i Sartorius - pierwszy wita go przestrachem, wyraźnie coś przed nim ukrywając, drugi nie wychodzi nawet z laboratorium. Trzeci badacz, Gibarian, popełnia samobójstwo kilka godzin przed lądowaniem Kelvina. Czy to samotność miesza w umysłach, czy oddziaływanie tajemniczego oceanu, jedynej formy życia na Solaris? Czy goście nawiedzający mieszkańców stacji staną się krokiem ku zrozumieniu dotąd niepojętej istoty oceanu? Czy Solaris pozwoli ludzkości kiedyś o sobie zapomnieć?

Aż dziwne, że mając się za początkującą miłośniczkę sci-fi, dopiero teraz, pod naciskiem egzaminu, zabrałam się za jednego z klasyków polskiej fantastyki naukowej. Lem w mojej głowie jawił się głównie jako autor Bajek robotów czy jakichś pełnych humoru opowiastek o innych, rozwiniętych technologicznie światach. W Solaris uderzył mnie poważny ton, pewne rewolucyjne (myślę, że nie ma w tym przesady) i nieoczywiste spojrzenie na temat obcości, tego, co niepoznane, wręcz nie mieszczące się w granicach ludzkiego poznania. Właśnie w kosmosie, w miejscu, o którym ludzkość wolałaby zapomnieć, którego nie pojmuje - tu człowiek spotyka się ze swoją ludzką naturą, zmaga się ze swoimi wspomnieniami, zakątkami podświadomości.

Lubię nieoczywiste historie. Coraz częściej łapię się na tym, że uciekam od książek reprezentujących jakiś gatunek, schemat, szukam nowych rozwiązań - czy to narracyjnych, czy fabularnych. Solaris, chociaż już klasyczny przykład literatury sci-fi, zaskakuje. Celem autora nie jest poprowadzić czytelnika do odpowiedzi, żebyśmy wiedzieli, czym jest Ocean, co robi z ludzkim umysłem, jak to się wszystko skończy. To powieść o granicach rozumienia - w jaki więc sposób mielibyśmy więc pojąć to, co już sam autor wskazuje jako niemożliwe do poznania?

Oczywiście jest to nieco frustrujące. Chcemy wiedzieć, chcemy rozumieć, lubimy domknięte zakończenia, punkty kulminacyjne, w których wszystko cudownie się wyjaśnia. Myślę jednak, że to, co zrobił Lem, jest bardziej twórcze, skłaniające do refleksji, zachęca do wejścia w głąb. To o takich historiach się potem myśli. Nieoczywiste relacje, zagadka, inność, odkrywanie, porażka, utrata.

Tym, co najbardziej dokuczało mi podczas lektury, były dialogi. Wyrywkowe, potoczne, tak jak w codzienności - wymagające domysłu i kontekstu.
"-Nigdy nie poleciał. I nie poleci. Przez to właśnie... między innymi...
- Co? (...) Co to ma znaczyć? Gdzie on jest?
- Przecież już wiesz (...)
- Nie stało się...?
- Stało się.
- Wypadek?
Kiwnął głową.Nie tylko przytakiwał, aprobował zarazem moją reakcję."*
Tak to mniej więcej wygląda. Ciekawa jest kwestia pierwszoosobowego narratora, Kelvina, który choć dzieli się z czytelnikiem pewnymi swoimi wrażeniami, nie ujawnia nam swoich planów, zamierzeń, najskrytszych myśli - bywałam przez niego zaskoczona, nie dawał się do końca poznać. Reszta bohaterów, których zbyt wiele nie jest, jest pewnymi szkicami, mają rysy charakteru. Postacią dla mnie najciekawszą i najbliższą była Harey - jedyna kobieta na stacji. Niesamowita kreacja Lema.

Nie myślcie tylko, że Solaris to powieść psychologiczna, bo wydaje mi się, że nią nie jest. Oczywiście, bohaterowie zmagają się ze swoimi myślami, pragnieniami, dokonują trudnych wyborów, często nie tylko przestrzeni wokół, ale samych siebie nie rozumieją. Myślę, że to po prostu wizja innego świata - wyjątkowego, bo nie do pojęcia. Niezrozumiały byt widziany oczami sfrustrowanego człowieka. To refleksja o inności, o pędzie wiedzy uderzającego o mur tajemnicy. To w końcu myśl, że rozumienie nie stanowi o istnieniu - nie pojmujemy Solaris, swoich umysłów, własnych pragnień, co nie znaczy, że kosmiczny ocean nie ma na nas wpływu, że nasza podświadomość na nas nie oddziałuje.

*Lem Stanisław, Solaris, Kraków 2016, s. 14.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Ballady bezludne , Blogger